top of page

PÓŁMARATON Z DZIECKIEM W WÓZKU – marzenia się spełniają!

Uwielbiam pomysły, które są tak dobre, że nie sposób przestać o nich myśleć 🙂 Taki właśnie wpadł mi do głowy, gdy tydzień temu w środku nocy prowadziłam auto i zatrzymał nas pilot, żebyśmy przepuścili tira. I wtedy pojawiła się IDEA: zrobię Półmaraton Praski z N w wózku! 

No i się przyczepiło. Nie mogłam przestać o tym myśleć przez cały tydzień i wiedziałam już, że muszę spróbować. To było moje marzenie jeszcze z czasów ciąży, ale odłożyłam je na przyszły rok. A teraz…podekscytowanie mieszało mi się z wieloma obawami. Przede wszystkim: co, jeśli mała nie zaśnie i będzie trzeba przerwać bieg w trakcie i zejść z trasy? Co, jeśli akurat nie będzie miała ochoty na bieg i go brutalnie przerwie krzykiem (a zdarzają się nam treningi, które kończymy już po kwadransie…)? Jak wytrzymam ponad 30stopni upału pchając przed sobą wózek? I jak w ogóle zniosę ten dystans, skoro od kiedy mała jest na świecie biegam w 90% przypadków z nią, co oznacza max. 14km, a zazwyczaj 6-7km?? Czy nadwyrężone od kilku dni udo „naprawi” się podczas biegu, czy może będzie jeszcze bardziej boleć?

No dobra, tutaj zaczyna się do głowy wkradać lekka panika. Tłumaczę więc sobie dwie rzeczy:

  1. Będzie, co ma być. W tym układzie N jest szefową.

  2. Reszta jest tylko i wyłącznie w mojej głowie, a nie w nogach.

Proste? 🙂

PRZYGOTOWANIA..

Zaczęłam robić wszystko, żeby zwiększyć szanse, że się uda. I los zaczął mi sprzyjać!

Przede wszystkim zamarzyło mi się pobiec z wózkiem, który jest stworzony na długie dystanse – BOB Ironman. Ma duże koła (przednie sztywne), amortyzowane siedzisko i waży mniej niż mój Baby Jogger. Do tego piękny, energetyczny kolor 🙂 Idealny na takie przedsięwzięcie. Napisałam do sklepuTosia.pl o swoim pomyśle iii… była radość i miłe zaskoczenie, gdy dostałam pozytywną odpowiedź! Kierownik sklepu skontaktował się z polskim dystrybutorem AKPOL i zgodzili się wypożyczyć nam wózek na cały tydzień. To był dla mnie znak, że może się udać!

Przez cały tydzień obmyślałam szczegóły: co wezmę ze sobą na bieg i jak zapewnić N maksymalną wygodę.

SOBOTA Dzień przed biegiem zapakowałam małą do wózka na spacer, żeby sprawdzić sprzęt w praktyce. Bardzo lekko się prowadzi, a, co nas zupełnie zaskoczyło, N ewidentnie chętnie w nim siedziała! Zazwyczaj bywa z tym różnie…

?

próba w parku i pełna synchronizacja nóg


Temperatura była mało przyjemna (jak na bieg, bo gdybym miała perspektywę moczenia się w jeziorze byłabym zadowolona 🙂 ). Dopadły mnie nerwy pomieszane z ambicją. Po południu odebraliśmy pakiet i zaczęłam odzyskiwać spokój ducha.

NIEDZIELA

polmaratonpraski

jest pakiet = nie ma odwrotu :-)


Pierwsza myśl o 6 rano: DLACZEGO tak sobie utrudniam życie? 😛 Ale słowo się rzekło, lista rzeczy czekała już na odhaczenie, a wózek stał w przedpokoju zachęcając do biegu. Błyskawiczne śniadanie, pakowanie wszystkiego, co na pewno się przyda, może się przyda i na pewno się nie przyda, ale i tak wezmę 😛

Koniec końców moje „niezbędniki”, które cały czas pchałam ze sobą to:

1. Prowiant dla N (oczywiście totalnie na wyrost): 3 banany, 2 bułeczki, 3 rodzaje przekąsek do pochrupania, butla wody i butla mleka 2. Zabawki – 6 różnych, w tym takie do-it-yourself, których wcześniej nie widziała np. stary portfel ze starymi kartami płatniczymi, które miały udawać nasze ‚dorosłe’ portfele, tak przez nią uwielbiane 3. Zestawy ubranek na różną pogodę 😀 3 różne, plus duża pieluszka do przykrycia, mokre chusteczki, pampersy, podkład do przewijania

Plus jeszcze oczywiście rzeczy dla mnie. Kto powiedział, że będzie lekko?? 🙂

Tak wyposażona czułam się już przygotowana na każde wyzwanie. Najważniejszy i tak był oczywiście telefon, bo spodziewałam się, że prędzej czy później będę dzwoniła do swojego P, żeby ewakuował małą z trasy.

Szybka wyprawa metrem i już jesteśmy w Parku Skaryszewskim. Rozgrzewka indywidualna, rozgrzewka grupowa (widok panów, którzy próbowali robić step touch – niezapomniany 🙂 i już przemieszczamy się do stref czasowych. Pierwotnie zapisywałam się do zupełnie innej strefy, ale ze względu na moją małą towarzyszkę ustawiłam się na szarym końcu. Do tego stopnia szarym, że nie słyszeliśmy zbyt dobrze odliczania i nagle START, już, jak to???

szybkie hopa-hopa przed startem

szybkie hopa-hopa przed startem


Ja chcę szybko pakować małą do wózka i biec, ona akurat u P na rękach z butlą mleka… Na szczęście po chwili nas olśniło, że był to start dla biegaczy na wózkach (niezmiennie PODZIWIAM!). Kilka minut później czas i na nas.

Robimy pierwsze kroki i nagle mam falę przeczucia na pograniczu z pewnością: TO SIĘ NAM UDA. Tym samym wielki uśmiech pojawił się na mojej twarzy i zszedł na dobre chyba dopiero ok. 16km, gdy czułam, że osiągam temperaturę bliską wrzenia 😛

Zazwyczaj biegam bez zegarka, na czuja, słuchając swojego organizmu, który już dobrze znam. Tak było i tym razem, ani razu nie spojrzałam na czas. Biegłam bardzo asekuracyjnie i spokojnie. Pilnowałam techniki – utrzymywałam długi krok, pracowałam rękami (a raczej ręką, bo drugą miałam na rączce wózka) i brzuchem, ale przede wszystkim głową. Oddech całą trasę miałam bardzo spokojny. Przez pierwsze kilometry ucięłam sobie kilka miłych rozmów z innymi uczestnikami, ich reakcje były motywujące i zdecydowanie pozytywne! Na całej trasie doliczyłam się bodajże 5 albo 6 osób z dziećmi w wózkach (choć na pewno nie widziałam wszystkich), ale nie spotkałam żadnej innej mamy! 🙂 Kolejny motywator, żeby ukończyć bieg.

N gaworzyła sobie wesoło w wózku, a ja czekałam, czy przejdzie to w marudzenie, czy sen – licząc oczywiście na drugie. I wtedy, jakoś po 5 km, biegacze przede mną zameldowali, ze mała śpi! Przyspieszyłam nieznacznie, nie wiedząc, jak długo potrwa ten stan. Zaczęłam wyprzedzać coraz więcej osób, cały czas utrzymując mega koncentrację. Przydała mi się ona zwłaszcza na najdłuższej prostej. Słońce prażyło bez litości, a cienia nie było na trasie praktycznie wcale, pomijając krótkie odcinki pod mostami. Sporo osób przechodziło do marszu.

Organizatorzy byli świetnie przygotowani na warunki pogodowe – punkty odżywcze ustawione były bardzo często, a na nich mnóstwo zimnej wody w miskach i w kubkach, izotoniki i bodajże banany i cukier (nie korzystałam). Do tego 3 kurtyny wodne i gąbka w pakiecie startowym. Zdecydowanie ułatwiało to przetrwanie 🙂

blog9

zapasy energii mam na 21km:)


Wpadłam w taki trans, że zapomniałam jakoś, na którym jestem kilometrze 🙂Zdzwoniłam się z P, który miał krążyć po trasie w razie czego i gdy powiedział, że stoi na 16km uznałam, ze za 4km go spotkam. Widać słońce mocno mi przyprażyło mózgownicę, bo zobaczyliśmy się dosłownie minutę po telefonie 😉 Widać już było stadion, co oznaczało metę, ale przed nami zostało 5km, najtrudniejszych pod względem wytrzymałości i rosnącej temperatury. Po nawrotce na ok. 17km słońce prażyło centralnie w twarz i przywołało mi nostalgiczne myśli o bani z lodowatą wodą, która czasem ustawiona jest przy saunach 🙂Przed nami górka i skręt w uliczki Pragi. Miałam w planach przyspieszyć, nogi chodziły mi bardzo lekko, mała spała nadal jak aniołek, ale temperatura blokowała mnie przed większym wysiłkiem. Dobrze zrobiłam, bo końcówka trasy z ruchem puszczonym po drugiej stronie nie należała do przyjemnych. Od zapachu spalin zrobiło mi się mdło i po prostu czekałam już tylko na cień, powtarzając sobie, że to się już MUSI udać, że zaraz wbiegniemy na metę.

Końcówka była zacieniona! Wreszcie! Ulga niesamowita, wjechałam na metę uśmiechnięta i rozanielona, a jednocześnie pełna niedowierzania, że ot tak, bez żadnych kryzysów, problemu i nie wiadomo jak wielkiej walki ze sobą i, przede wszystkim, z N, UDAŁO SIĘ!! Ani razu nie przeszłam do marszu, nie dopuściłam do przyspieszonego oddechu, nie dopadły mnie ani skurcze, ani kolka, ani zwątpienie 😉

no i mamy to!

no i mamy to!


W tym momencie moja mała współbiegaczka otworzyła oczka, uśmiechnęła się i powiedziała swoje standardowe ostatnimi czasy: AM! AM! Zapasy miałam conajmniej solidne, więc niczego jej nie zabrakło🙂

Odebrałam przydziałową butlę zimnej wody (MNIAM!) i gdy temperatura mojego ciała wróciła do normy zaczęłam się zastanawiać, co dalej… No bo musi być kolejny cel! Szybko, zaraz, już!!! Bo przecież mogłam o wiele szybciej, bo właściwie nie czuję zmęczenia, bo to okazało się być proste…

Powstrzymałam te myśli i cieszyłam się chwilą🙂 Moja roczna N ukończyła półmaraton! To idealne podsumowanie naszych dotychczasowych treningów i byłam taka DUMNA i szczęśliwa, że zechciała współpracować i ewidentnie miała ochotę go ukończyć. Nie mogłabym sobie wyobrazić łatwiejszego scenariusza!

Trochę statystyk:

Dystans: oczywiście 21km 🙂 Czas: 2h13min Pozycja OPEN: 4406/5861 klasyfikowanych, czyli startując jako ostatnie wyprzedziłyśmy conajmniej 1400 osób! Pozycja KOBIETY: 803/1449

teraz można przytulić medal...

mój ci on! zasłużony!


Także…w 2 godziny można pójść na spacer z dzieckiem po parku. Ale równie dobrze można przebiec półmaraton, co daje nieporównanie więcej satysfakcji!!!

Dziękuję mojej małej, dzielnej N :-* Dziękuję mojemu kochanemu mężowi za wsparcie :-* I wszystkim, od których usłyszałam tyle miłych i motywujących słów PO – bo PRZED biegiem nie odważyłam się powiedzieć praktycznie nikomu o swoich planach, poza siostrą i przyjacielem 🙂

Jeszcze mnóstwo km przed nami i już się na to cieszę. Mała zaczęła niedawno chodzić i na pewno zapamiętam na zawsze datę, gdy zacznie BIEGAĆ 🙂

2 wyświetlenia

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Comments


bottom of page