top of page

ILE ZMIENIA DZIECKO W TWOIM TRENOWANIU?

Co jest pomiędzy: “nie ćwiczę, bo mam dziecko” a “bzdura, to przecież takie proste”

„Gdybyś miała dzieci, to byś tak nie trenowała” – takie zarzuty usłyszała jakiś czas temu Kasia z Run the World. Zripostowała (i zrobiła to dobrze), a pod tekstem pojawiła się porcja komentarzy. Przebrnęłam przez wszystkie i można je było podzielić tak:

OBÓZ NR 1. PESYMIŚCI. Podejście „co ty tam wiesz”. Pełno tutaj usprawiedliwiania i prawdziwych (rozumiem je, serio) wymówek. Nie jestem biegowym terrorystą. Jeśli X nie chce trenować, niech tego nie robi. Ale niech nie mówi, że to PRZEZ dziecko. X na pewno zna motywujące historie o zdeterminowanych ludziach. Skoro X nie trenuje odkąd ma dziecko, to śmiem założyć, że przed dzieckiem też nie był sportowym pasjonatą. To chyba bardzo proste.

OBÓZ NR 2. OPTYMIŚCI. „Wszystko jest możliwe!”. Naczytałam się, że to tylko kwestia organizacji, chcieć to móc i da się, da. Patrzyłam z podziwem na krótkie historie o ilościach dzieci i pokonanych biegach. Gdybym wpadła na te komentarze trzy lata temu, odetchnęłabym z ulgą. Ufff, jakie to proste! Też tak będę! Teraz mam dwuletnią córkę plus wciąż niezaspokojone sportowe marzenia. I razem tworzymy…

OBÓZ NR 3. RACJONALIŚCI. To o nim dzisiaj chcę napisać. Perspektywa będzie jedyna mi znana, czyli kobieca. Zakładam, że statystycznie trenującym ojcom jest jednak nieco łatwiej (co nie znaczy, że łatwo). Ale bycie mamą, która chce trenować, to JAZDA i trzeba to sobie głośno powiedzieć.


Zmienia się mnóstwo. Rzeczy proste robią się skomplikowane. Na zewnątrz widać efekt: bieg do mety z dzieckiem za rękę, uśmiech na podium z maluchem pod pachą, zdjęcia w sieci kipiące potreningowym optymizmem. Kobiety zorganizowane, wysportowane, spełnione – ta wyglądają urywki z naszego życiowego filmu, wzniośle mówiąc. A na backstage’u jest jazda. Bez trzymanki, bo jak tu się trzymać, jak niesie się zwykle dziecko, siatki i hulajnogę?

BITWA O FORMĘ

Uwielbiasz coś robić i nagle, z dnia na dzień…NIE MOŻESZ. Spokooojnie. To potrwa tylko dziewięć miesięcy, potem przejdziesz na inny (trudniejszy) poziom. Wyobrażasz to sobie? Ja nie umiałam. Perspektywa TYLU miesięcy bez „normalnych” treningów dla kogoś, kto je kocha, to kosmos.

Czasy mamy świetne. USG, wyspecjalizowani lekarze, duża wiedza o ciąży i coraz większa o sporcie w odmiennym stanie. Przy sprzyjającym szczęściu możemy biegać, pływać i ćwiczyć do samego porodu (i to było moje zbawienie). Ale nie oszukujmy się…to nie jest „prawdziwy” sport, taki z przekraczaniem granic i wysokim tętnem. Dobro dziecka wygrywa z każdą pasją, a zostanie rodzicem jest warte nie takich poświęceń. Mimo to, patrząc z punktu czysto sportowego, bywa trudno. Forma brutalnie się resetuje. Nie czułam się jak sportsmenka, kulając się z matą do jogi na zajęcia oddechowe. O dynamice mogłam pomarzyć co najwyżej w wodzie, która łaskawie odejmowała moje błyskawicznie łapane kilogramy.

Po porodzie wcale nie jest łatwiej. Ba, samo zestawienie słowa „poród” i „łatwo” to jakiś absurd 😉 Zmęczenie. Zmienione ciało. Siły na wyczerpaniu. Napięcie, zwłaszcza, jeśli to rodzicielski debiut. Nie chcę się tu użalać czy roztaczać czarnych wizji, lecz powiedzieć głośno i wyraźnie, że POWRÓT DO FORMY JEST ZWYCZAJNIE TRUDNY.

Na szczęście całkowicie osiągalny i dostępny dla tych z kobiet, które mają w sobie ośli upór. Czyli dla większości 🙂


WYŚCIG Z CZASEM

„Nie wyrabiam!!!” – powtarzałam, zanim urodziła się mała. Mówiłam to szczerze. Praca do korpo-późna, treningi wspinaczkowe, siłowe, bieganie. Gotowanie. Pamiętam, jak wymęczona padałam wieczorem na kanapę i umilałam sobie życie jakimś filmem.

Teraz nic nie jest takie proste. Spontaniczność grozi chaosem. Wszystko trzeba sobie zaplanować, a zasada jest prosta. Nie wstaniesz o świcie, gdy dziecko jeszcze śpi? Nie potrenujesz. Zaśniesz, po całym dniu zasuwu, podczas usypiania dziecka? Nie potrenujesz.

Spędzasz cały dzień z dzieckiem? Nie potrenujesz, chyba, że znajdziesz siłownię z opiekunką. Lepiej od razu zacznij biegać z wózkiem, bo to jedyny realny sposób 🙂

Pracujesz na etacie? Nie potrenujesz, jeśli nie wciśniesz puzzla „trening” w napięty plan dnia. Pory idealnej nie ma, zawsze musisz z czegoś zrezygnować: z czasu spędzonego z maluchem, wieczornego relaksu, porannego wylegiwania. Choć wylegiwanie i małe dziecko to mission impossible. A ja mimo wszystko chcę powiedzieć, że ta MISJA TRENING jest z gatunku POSSIBLE.

F*** hard, but possible!


WALKA O DOM

Potyczki z czasem nie kończą się na wyborze pory dnia do trenowania. W myśl zasady „im trudniej, tym lepiej” – wraz z dzieckiem dochodzą obowiązki, o których nastolatkom się nawet nie śniło. Obowiązki do pilnego upakowania w tych samych 24 godzinach na dobę, których ledwo co starcza nam na inne sprawy.

Wymiana garderoby co kilka miesięcy, urozmaicone gotowanie, kwestie zdrowotne, przeróżnego rodzaju zabawy, zajęcia, atrakcje. Usypianie, a potem wstawanie w nocy en razy. Dłuuuga lista rzeczy do zrobienia i sprawdzenia. Perfekcjoniści ledwo zipią. Nieperfekcjoniści (których dumnie reprezentuję 😉 coś tam odpuszczają, ale również ledwo zipią.


Nowa rzeczywistość ma niewiele wspólnego z taką sprzed dziecka i zupełnie zmienia podejście do sportu. Stwierdzenie „gdybyś miała dziecko, to byś TAK nie trenowała”, jest w 100% prawdziwe.

OK, każdy wie, że robi się ciężko i krucho z czasem. Co więc sprawia, że niektóre kobiety mimo wszystko trzymają się sportu i osiągają w nim swoje małe-wielkie sukcesy?

DETERMINACJA. To właśnie jej brak „obozowi nr 1”. A jeśli jej nie ma, wymówki panoszą się po głowie. Człowiek ma wtedy czas, żeby żalić się w necie nt. BRAKU CZASU na sport, ale czas na fejsa jakoś się znalazł. Taki paradoks.

Determinacja napędza wszystko i włącza tryb: „no sorry, ja nie dam rady?!”. I wtedy rusza cała machina. Doprecyzowany plan dnia. Sprytne sposoby na oszczędzenie czasu. Ale również rezygnacja z rzeczy, na których nam zależy. Cudów tutaj nie ma. Trenowanie to taki luksus, dla którego trzeba COŚ poświęcić. Notorycznie kończę dzień z poczuciem, że nie zrobiłam wielu rzeczy. Czasem mi żal, czasem aż głupio, bo bywa, że do kolejki trafiają rzeczy wręcz podstawowe: pranie, odpisanie na wiadomość, kupno butów na jesień, bo już zimno…

I to jest ta cena, którą trzeba zapłacić. Na szczęście nie jest ona wygórowana!

Trening smakuje bosko po całym dniu zasuwania przy maluchu. Resetuje myśli i ratuje ciało. Robimy go często bardziej efektywnie, niż w czasach bez dziecka, bo znamy już znaczenie każdej minuty. Po porodzie zmienia się też często  nasz próg bólu, a po nieprzespanych nocach – próg padania na twarz 🙂 To wszystko sprawia, że na przekór okolicznościom mnóstwo kobiet rozkwita sportowo mając dziecko. Pojawiają się paradoksy: padam na twarz, więc idę poćwiczyć albo im więcej mam czasu, tym więcej ogarnę. Napędzane determinacją, oślim uporem, babskim tupaniem nóżką, że JA CHCĘ i to światu oraz sobie pokażę.

Jest DUŻO trudniej. Ale bywa DUŻO lepiej.

Może dlatego, że te maluchy nas tak inspirują? Czasem do bycia lepszą, a czasem do wyjścia na deszcz, żeby przewietrzyć myśli? A może dlatego, że zawsze czekają na mecie (lub skaczą po dmuchanym zamku, który ktoś genialny ustawił tuż obok)? 🙂

P.S. Pisałam ze swojej, kobiecej perspektywy, ale nie chcę tutaj umniejszać trenującym tatom. Dla nich to również wielkie wyzwanie, a mimo to mnóstwo z nich nie odpuszcza. A poza tym kto mógłby zostać z dzieckiem w domu, gdy mamie się w głowie przewróciło i jej się treningów zachciało, no kto? 🙂 Wiwat, tatusiowie.


1 wyświetlenie

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

WYSZŁAM NA MIASTO, a tam życie

….w pępku Wwy. Sobie tętni. Idę środkiem, jak w bańce, jak w bajce, niewidzialna. Adidasy nie brzmią na tym zgrzanym chodniku, jak powinny, nie ma stuk-stuk-stukstukstuk. W tej trattorii na rogu włosk

Comments


bottom of page