top of page

WYSZŁAM NA MIASTO, a tam życie

….w pępku Wwy. Sobie tętni. Idę środkiem, jak w bańce, jak w bajce, niewidzialna. Adidasy nie brzmią na tym zgrzanym chodniku, jak powinny, nie ma stuk-stuk-stukstukstuk.

W tej trattorii na rogu włosko pachnie. Noc jest, późnoletnia, ale miejsko zaludniona, szumna taka… Ci plotkują. Oczy im błyszczą nad drinkiem, co bym go sama chciała, z takim lodem mocno pokruszonym… Kręcę się, skręcam po uliczkach, życie po zmroku się we mnie wchłania jakby…

Przebiegam na pomarańczowym, prawie mnie podcina turkusowy taki, drogi wóz. Idę wzdłuż tego wszystkiego. Szum WIĘKSZY i mniejszy i WIĘKSZY, za każdym razem, gdy jakąś knajpę mijam… Pełno wszędzie. Przyszli wszyscy lub stolików tu mają głupio mało… O tej porze się je, słodkie i tłuste rzeczy. O tej porze się pije, słodkie i mocne rzeczy. O tej porze się żyje, w drogich szpilkach, w brudnych trampkach, lecz na mieście…

Idę szybko, włosy mi uciekły z potreningowego bylefryzu i latają. Jakaś mała się kręci w kiecce z tiulu. Nie śpisz? Późno!

Deszcz leci sobie leniwie, nikt nie reaguje, w niebo nie patrzy, parasola nie fatyguje.

Ten facet w garniturze, zamyślony, siedzi sam, choć mógłby z kimś, powinien, bo strasznie przy tym stole romantycznie, świeczka na nim mała, najtańsza, a wkręca klimat.

Potem jakaś ona, świeża o 23.00, piękna, szczupła. Nogi ma niewybiegane, do nieba, mijają mnie jej perfumy młode i słodkie…

I jeszcze oni, deskorolki myk pod pachę, biegną na czerwonym, ja za nimi, jakbym młodość goniła, jakbym już jej nie miała, jakbym faktycznie miała co gonić, desperatka…

Pies tutejszy chce mi lizać łydkę. Światła są we wszystkich rozmiarach i kolorach, spać nie idą. Alkohol pysznie wchodzi, gdy go piją tak na mieście, w zwykły wtorek. Nastoletni poczochraniec podpiera rowerem kamienicę i wbiega do środka, po dwa schody. Pełno tu masz dziś ludzi, drogie miasto.

A ja… Idę dalej. Po sprintach lekko spruta, z zaskoczenia wrzucona w środek miasta, oczy prawie przecierająca z szoku absurdalnego lub tęsknoty.

Żyć mi się chce. Wykoleić się ze ścieżek, które dzień po dniu depczę w szpilach, baletkach czy asicsach. Móc znów spóźnić się w mieście, aż do świtu. Kręcić krótką kiecką na dusznej imprezie. Mówić i myśleć, że mi wszystko jedno. Przetoczyć się w tygodniu przez ulice całą bandą. Wyrwać się z tematów, które na okrągło…… Mieć ten dreszcz, że jest inaczej, niż przedwczoraj i rok temu. Robić dni takie, żeby można je odróżnić… Zabrać gdzieś samą siebie z zaskoczenia. Czuć się l e k k o i seksownie, jak kiedyś, gdy zresetowane miałam wszystkie “ale”… Usłyszeć coś, czego się nie ma, gdy ma się to, co mam ja…

Wyrwać się z kieratu, który sama sobie robię i w 90% chyba kocham.

Napisać to w aucie, klejąc klawisze od czekolady, która rzadko mi smakuje. Deszcz mi cieknie po szybie. Miasto przetacza się przed maską. Jakiś brak. Gula w gardle. Za niewiadomoczym późna tęęęęsknota. Zapijam ją resztką wody z treningu, z butli z Tweetym (sorki, córko).

Wyszłam dziś nocą na miasto, a tam życie…

7 wyświetleń

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Comments


bottom of page