top of page

UŚMIECHNIJ SIĘ, JESTEŚ BLOGEREM czyli Mój Manifest Realizmu

Dzisiaj podejrzliwie budzę się przed budzikiem. W głowie mam jakieś esy floresy od zbyt krótkiego snu. Ludzie, znów to sobie zrobiłam, złapałam stado srok za ogony jak dzikuska i się z nimi szarpię. Bo JA CHCĘ, jak małe dziecko. Chcę zamknąć tę imprezę i rano pobiegać też chcę, a jak odejmę porę drugą od pierwszej to wychodzi mi czas snu i biorę go na tzw. klatę.

Ale do rzeczy. Zrywam się z łóżka, za oknem morze śniegu, plum – jedna soczewka, plum – druga i już widzę w lusterku lekko kopnięte czupiradło. Nie wciągam na siebie seksownych ciuszków do biegania jak z najlepszych profili na instagramie, nie drżę z podekscytowania, że oto zaraz pobiegam; idę w skarpetkach po hotelowym dywanie, a adidasy brudne po ostatnich przełajach trzymam za sznurówki, coby (nie myślę jeszcze jasno :P) nie narobić syfu.

Faceci, z którymi się ustawiłam na bieganie, spisali mnie na straty po 2minutach spóźnienia i widzę ich już spory kawałek dalej. Zrywam się do sprintu, momentalnie oddech robi mi się ciężki, a prawa łydka jest zesztywniała i kłuje. Śmiech mnie pusty ogarnia, bo choć okolica jest leśna i dzika, to mi dziś do skocznej łani zdecydowanie daleko.

I wtedy, między jednym ciężkim wydechem a drugim, mam olśnienie. Brzmi ono następująco: NIE UMIEM I NIE BĘDĘ PROWADZIŁA IDEALNEGO BLOGA. I kropka.

Dobra, ale Ty dalej nie wiesz, o co mi chodzi i zaraz wyjdziesz z tego wpisu, podkręcisz  mi bounce rate i jeszcze się będę za to na Ciebie wkurzać…

Czas na małe uzewnętrznionko. Zaczytuję się w sporej ilości blogów sportowo/parentingowo/lifestylowych. Szpieguję profile na Instagramie. Czasem kopię głębiej, czytam komentarze. Wciąga mnie to. Jestem jak BigBrother (BigMother?), widzę wszystko, podglądam zza firanki ludzkie fit-życie i z dnia na dzień czuję się coraz….gorzej.

WTF? Przecież zewsząd wycieka motywacja. (Baaa, sama jaram się jak gimnazjalistka, gdy dostaję wiadomość ze słowami „dzięki”, „inspirujesz” i „ja też tak chcę” – pls, don’t stop!).

I przecież co zdjęcie to piękne ujęcia. Modne buty cyknięte z lotu ptaka, brzuch płaski, a do tego dobrze wciągnięty. Dzieci w ciuszkach, na widok których robię się z zazdrości zielona jak żaba. Owsianka jak malowana, którą aż głupio byłoby mi rozbełtać łyżeczką. Co bieg, to endorfinowy orgazm. Raz po raz motywacyjne mądrości, które brzmią jak mix E. Chodakowskiej (lubię) i P. Coelho (nie lubię). Co start, to życiówka!!

Ja wymiękam. Szukam dla siebie miejsca, rozpycham się swoimi (niemałymi) 4ma literami, ale cały czas mi coś nie styka. Pomyliłam imprezy. I uświadamiam sobie, że zamiast wdzięczną łanią jestem raczej farbowanym, blogowym lisem. A to dlatego, że staram się tańczyć, jak mi zagrają i wkomponować w endorfinowy model. Być pozytywna i zawsze uśmiechnięta. Dostosować się. Ugryźć się w język, kasować swoje negatywne, napisane w złości lub zniechęceniu teksty, które nikogo by do działania bynajmniej nie porwały.

Nie jestem wieczną optymistką. Biegnę – i TAK, jest mi na maxa przyjemnie, ale wystarczy jeden bezczel, który dmuchnie mi na przystanku w twarz dymem z papierosów, by moja euforia wyparowała jak alkohol na firmowej imprezie.

Starczy niepokojąco krótki dystans w niepokojąco długim czasie, żebym z przekonaniem deklarowała porzucenie tego biegania w cholerę. Fakt, że na krótki moment, bo trudna to miłość i ognista, ale to się dzieje naprawdę.

Wystarczy czasem jeden zły dzień, żeby wsunąć pół tabliczki czekolady i tłumaczyć sobie, że gorzka to przecież samo zdrowie. Albo długa noc, podczas której zjadam chleb z obłędnym miodem o 2.00 nad ranem, bo potrzebuję jeszcze trochę energii dostępnej od zaraz i przecież jutro to wszystko spalę.

Nie jestem tak idealna, jak grono fit-blogerek, co więcej, nigdy taka nie będę, co więcej, nawet bym nie mogła, co więcej, nawet bym NIE CHCIAŁA!

I czasem w głowie mi kipi od nawału myśli, palce same chcą przestukać wszystko do Worda, a wtedy pojawiam się JA: swój osobisty strażnik i cenzor, który puszcza tylko to, co śmieszne, pozytywne lub przynajmniej pouczające.

A czy nie mogłabym tu czasem napisać, że średnio raz na tydzień cierpię na Deficyt Nowych Wrażeń? Sniło mi się coś głupiego, obudziłam się niezbyt ładna, spierdzielił mi autobus, a bieganie nie wyszło „po planie” bo nawet go nie miałam?

(Luz, nie będę Was zanudzać takimi hot newsami :P)

Niech to tylko będzie takie moje małe, ekshibicjonistyczne expose, które mówi, że nie zawsze będą tutaj kwiatki-bratki. Bo bywam nerwowa, czasem czymś rzucę, czasem coś powiem, czasem tupnę i zastrzegam sobie prawo © do robienia dokładnie tego samego w tym oto przybytku.  

Bo bardzo, bardzo chcę, żeby to miejsce było tak nieidealne (czyt. PRAWDZIWE), jak nieidealna jestem ja 🙂

P.S. A tak w ogóle, to gdy już dogoniłam chłopaków, odzyskałam oddech i rozejrzałam się wokół po ciężkich od śniegu gałęziach i słoneczno-mroźnej ścieżce ból łydki magicznie przeszedł, nogi zrobiły się jakby lżejsze i choć nadal do łani było mi daleko, to mogłam zrozumieć, czemu tak bardzo upodobała sobie bieganie po lasach 🙂

2 wyświetlenia

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

WYSZŁAM NA MIASTO, a tam życie

….w pępku Wwy. Sobie tętni. Idę środkiem, jak w bańce, jak w bajce, niewidzialna. Adidasy nie brzmią na tym zgrzanym chodniku, jak powinny, nie ma stuk-stuk-stukstukstuk. W tej trattorii na rogu włosk

ROZWAŻNA CZY ODWAŻNA? List do dziewczynek.

Wsunęła stopy w buty i poleciała nosem prosto w dywan. – Mamo! Są złączone, złączone, złą…… – rozpacz razy milion. Wybiegłam jak z kadru słabej komedii, z nożyczkami w jednej ręce, tuszem w drugiej.

Comentarios


bottom of page