top of page

GRYCAN TO ŁOBUZ CO ZABRAŁ MI WIECZÓR

-Mama, a co to hałas? –To takie głośno. –A co to jest głośno? – Takie ŁUBUDUBU! Błąd. N. lata po mieszkaniu i krzyczy ŁUBUDUBU. Skacze po łóżku. ŁUBUDUBU, mama! Biega od kuchni do pokoju. ŁU-BU-DU-BU! Śmieję się. Potem już tylko taktycznie uśmiecham. W końcu biorę telefon, wybieram numer i słodkim głosem pytam: „No to kiedy będziesz w domu, kochanie?”.

Gdy tylko mój mąż staje w drzwiach, wciągam trampki i wołam, że ja koniecznie do sklepu, że mu bułkę kupię (choć są w chlebaku), czy tam coś dobrego.

Wymykam się na dwór. Ale cisza. Ooo. Kręcę się po sklepie. Bułek nawet wzrokiem nie omiatam. Ja tu jestem po przyjemność, z piątakiem w kieszeni szortów. I ja sobie tą przyjemność kupię, o, jest, przyczajona w lodówce. Mała taka, niewinna, śmietankowa, sobie biorę. No w końcu coś mi się od życia należy. No w końcu środa jest dobra na loda, no w końcu się przebierało nogami dzień wcześniej do 1szej w nocy, się robiło rytmy przy pełnym politowania spojrzeniu właściciela osiedlowej pizzerii, co to na dostawę czekał i sobie fajkę pykał na krzesełku przed swą knajpą.

Wracam do domowego łubudubu bez przesadnego pośpiechu. Mam dobre uzasadnienie, loda chcę zjeść w całości i samotności, więc taktycznie muszę wsunąć go na trasie sklep-dom, zanim dojrzą go sprytne oczka mej dwulatki szalonej.

Mmmmm. Grycanowe, śmietankowe. Wiosłuję małym patyczkiem, raz-dwa, słodko mi i błogo, pudełko wrzucam do kosza pod klatką, ślady zatarte, wracam do domu z drobniakami w kieszeni i luzackim uśmieszkiem, nakręcona cukrem, który jem od święta i działa na mnie jak jakiś narkotyk.

Usypiam moje łubudubu, a w głowie wyliczanka. Mała padnie, ja na rower. Na rowerze ułożę tekst na bloga. Wrócę, spiszę, kwiaty Mamie zamówię. Szablon ogarnę, bo nowy czeka i kusi. Chatkę omiotę, żłobkową wyprawkę przygotuję, peeling sobie machnę ten ananasowy, książkę doczytam, bo wciągnęła.

Yyyy…. Bezwład jakiś taki. Kołysanka gra, a ja odpływam. Głowa ciężka, myśli powolne, pieprzona lodowa hipnoza. Cukier mi spada, powieka opada. Silniejsze to ode mnie, aaaaale mi dobrze, ja tu sobie tak momencik poleeeeeżę.

P. zagląda do pokoju. Wie, że ma mnie ratować w takich chwilach, więc mi woła do ucha, że pobudka. No way, kochanie. Ja tu sobie poleżę. Cukrowa bomba ukradła mój wieczór. Śpię, no padłam, proszę państwa, oto leń. P. znów nadciąga z interwencją, rower mi już odjechał z planu dnia, trzeba będzie w excelu sumiennie wykasować, smutno, źle, ale śpię. Fajnie deszcz kapie. Kap. Kap. Ja tu sobie jeszcze chwilę poleżę.

Popisałabym sobie coś, ale zieeeeeeew, ja tu sobie poleeeeeżę. Zimno mi, to chyba ten front co o nim bębnią nadciągnął i przez okno wpada, chcę po koc sięgnąć, ale znów mnie w pół ruchu odcina, game over, aaaa, kotki dwa, teraz śpiiiiij.

Cukier skasował mi plany. Grycan mi zabrał mój wieczór na bezczela.

ŁUBUDUBU. 1sza w nocy. Burza. Zrywam się na równe nogi, drepczę z sypialni do pokoju na bosaka, zła jak osa, Wiedźmin na ekranie wymachuje mieczem, P. sobie z życia codziennego korzysta, chwile łapie, a ja je sobie zmarnowałam na cukrową wegetację.

Czasem jeden mini-kubek lodów daje przyjemność na 100 metrów marszu do domu, po czym zabiera kilka godzin Zwykłego Miłego Wieczoru.

I ta jedna, ostatnia lampka wina smakuje dobrze, NAJLEPIEJ, żeby dzień później doprowadzać do szału, bo głowa coś pęka, na języku sucho i człowiek półżywy, spragniony błogiej ciszy, wiadra wody i abstynencji już do końca świata.

A ta szybka, podgrzana klimatem decyzja, żeby pójść z nim/z nią o krok dalej, niż sugerowałby rozum i moralność…. Daje przyjemność, która szybko się wypala i ściąga falę konsekwencji, niewspółmiernych.

A te „tylko pięć minut”, które sobie darujesz, kiedy rano dzwoni budzik…Moment ulgi, ułamek przyjemności, a potem nerwowa gonitwa, wyrzucanie pół szafy bo niemamsięwcoubrać i śniadanie zjedzone na stojąco przy desce do prasowania.

Hedonizm ma swoją cenę i czasem się za niego frajersko przepłaca. A krótkie przyjemności miewają długie następstwa. I na ich tropie trzeba być czujnym jak ta ważka.

Wredny Grycan zabrał mi wieczór. Butelka wina zabrała mu formę na następny dzień. Paczka chipsów zabrała jej efekty długiego treningu. Zakazany seks zabrał im spokój ducha i trochę godności. Spontaniczne zakupy zabrały mi miesięczne kieszonkowe – choleeeera 😉

…a pisanina o lodach, które usypiają zabrała dzienny limit na bloga.

ŁUBUDUBU! Idzie burza. To ten front, o którym bębnią nam w prognozie. Biorę manatki i posiedzę sobie w deszczu na balkonie, chociaż późno.

Spontaniczne zachcianki są najlepsze. SĄ, i sorry! A na Ciebie, mr Grycan, dłużej się nie foszę. Przynajmniej mam już dzięki tobie dobry patent na bezsenność 🙂

Fot. tapeteos. Pożyczyłam, dzięki, ale żadna z moich fot “lodowych” nie nadawała się do publikacji na przyzwoitym blogu 😀

3 wyświetlenia

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

WYSZŁAM NA MIASTO, a tam życie

….w pępku Wwy. Sobie tętni. Idę środkiem, jak w bańce, jak w bajce, niewidzialna. Adidasy nie brzmią na tym zgrzanym chodniku, jak powinny, nie ma stuk-stuk-stukstukstuk. W tej trattorii na rogu włosk

ROZWAŻNA CZY ODWAŻNA? List do dziewczynek.

Wsunęła stopy w buty i poleciała nosem prosto w dywan. – Mamo! Są złączone, złączone, złą…… – rozpacz razy milion. Wybiegłam jak z kadru słabej komedii, z nożyczkami w jednej ręce, tuszem w drugiej.

Comments


bottom of page