top of page

MAMA MA MAŁE MARZENIA. 15 przyjemności w wersji mini.

Małe jest piękne. TADAAAM. Maleńkie dziecko jest piękne (podobno to taka tajna broń na przetrwanie…”daje popalić, ale patrzcie jaki słodziak…”). Małe marzenia mam maleńkich dzieci są piękne. I zbawienne, bo wir pierwszych dni/miesięcy/lat (?) sprawia, że na duże marzenia czasem brakuje sił 🙂

„Dream big.” „Miej duże marzenia, żeby nie przysłoniły ich małe problemy.” Itd. itp. Ja się z tym zgadzam, ale… Małe marzenia też są piękne. To codzienne generatory przyjemności. A jeśli chwilowo walczysz o przetrwanie i czujesz, że nie ogarniasz (czyt. masz malutkie dziecko), takie mini marzenia będą trzymać Cię w pionie. I dobrze, bo w poziomie prawdopodobnie dopadłby Cię zasłużony sen 🙂

1. Zasłużyć na sen. Czy ja się powtarzam? Ale ten sen…klasyka wśród rodzicielskich marzeń. Nieprzerwany taki. Z pobudką, gdy na dworze jest już jasno. A w weekendy przeciągnięty aż do 8.00. TAAAK!!

2. Ugotować coś w ciągu dnia. I zjeść jeszcze ciepłe! Podkreślam, że to może być COŚ. Cokolwiek. Niekoniecznie nowy i starannie wybrany przepis z neta.

3. Nie musieć tak często patrzeć na zegarek. Można, ale grozi wpadką. Bo przegapisz porę jedzenia, porę drzemki albo, o zgrozo, porę odebrania ze żłobka. Chociaż…. Co ja piszę. Pory jedzenia przegapić się nie da, bo wewnętrzny zegar małej jest niezawodny jak szwajcarski.

4. Pójść na imprezę! I nawet nie musi być ona szczególnie udana. Co więcej, mogę być kierowcą, luz! Zaczęłam świetnie się bawić na każdym jednym wyjściu. Nie wybrzydzam już, że towarzystwo nie takie i muzyka mi nie przypasowała. Minus jest tylko jeden: rano trzeba wstać… 🙂

5. Obejrzeć film – w kinie! Teatrzyki dla dzieci są niezłe, ale spontaniczny wypad do kina i góra popcornu raz na jakiś czas dobrze działają na psychikę 🙂

6. Zrobić zakupy, ale takie dla siebie. Dla niewtajemniczonych: idziesz do galerii po coś dla siebie. Na dziecięce ciuszki z założenia nie spojrzysz. No, może tylko moment, czy jest coś ładnego…Ajjj. Słodko by w tym wygądała!! W sumie, to potrzebuje, wyrasta już… biorę!! A do tego by się jeszcze przydały jakieś rajstopki, muszę tylko skoczyć do sklepu obok… Pułapka. Wszystko dlatego, że małe dziecko we wszystkim dobrze wygląda, ale już dopasować jeansy na swoje niemałe uda – koszmarek…

7. Paść na kanapę w ciągu dnia. Jestem z tych, których ciągle nosi. Ale czasem, gdy pogoda pod psem, snu było mało, a w domu armageddon chciałoby się choć na chwilę pacnąć na kanapę. Z książką na przykład. Z gazetką. Kubkiem kawy zbożowej. Od realizacji tego marzenia jesteśmy jeszcze jako rodzice baaaaardzo daleko. Lata świetlne, podejrzewam 🙂

8. Nie spóźniać się. Jedna z moich (licznych) wad to bycie na bakier z czasem. Po prostu niepunktualność. Wiem o tym, walczę, ale zawsze wezmę na siebie za dużo, a potem latam wszędzie z językiem na brodzie. A jeśli doda się do tego malucha… wystarczy, że zaprze się rękami i nogami przed wsadzeniem do fotelika w aucie albo wyleje na siebie sok 3 minuty przed wyjściem i obsuwa gotowa.

9. Posprzątać w dzień. Jestem hedonistką. I bardzo sobie upodobałam zasadę, że wieczory i weekendy są głównie od przyjemności. Dlatego czymś tak przyziemnym i dobijającym jak sprzątanie wolałam się zająć przy tzw. okazji. Teraz widzę, że ta dziedzina życia jest nie tylko nudna, ale też niebezpieczna. Bo na odkurzaczu fajnie się jeździ, a kabel śmiesznie wyskakuje z gniazdka, jak się mocno szarpnie. Zamiecione śmieci to ciekawostka, którą trzeba sprawdzić paluszkami. A równo ułożone stosy ubrań aż się proszą o rozrzucenie.

10. Zjeść na spokojnie w knajpie. Logistyka jest skomplikowana, ale dla chcącego nic trudnego. Gdy jedno je, drugie się bawi. Potem je zimne. Biega za dzieckiem po knajpie. Próbuje zainteresować. Kusi jedzeniem i kolorowankami od pani kelnerki. Wyciąga różne zabawki, pochowane w torbie. Tym systemem można czasem zostać nawet na deser!

11. Spakować się na weekend w mniej niż 2h. Niby trening czyni mistrza, lecz chociaż większość weekendów mamy wyjazdowych, nadal nie opanowałam tej trudnej sztuki.

12. Zrobić cokolwiek na kompie. Nieee, o tym po prostu mogę zapomnieć. No, chyba, ze po 21.00.

13. Ogarnąć wspólne zakupy w markecie. Samemu jakoś tak pusto, za to w trójkę…kupa zabawy. Siedzenie w wózku sklepowym jest fajne przez całe 2 minuty (lub 5, jeśli dostanie się dużą bułkę). Potem przychodzi etap zwiedzania wszystkiego, co jest w sklepie na wysokości łapek. Przytulanie maskotek. Wybieranie książeczek. Ładowanie kosmetyków do koszyka. Upychanie cukierków na wagę do rączek i, najgorsze, ściąganie z półek butelek z winem 🙂

14. Zrobić wszystko tak, jak sobie zaplanowałam. Zazwyczaj potrzebny jest plan B. I zazwyczaj go odpalam 🙂

15. Móc się zatrzymać. W aucie w korku. Na spacerze wózkiem. W sumie, gdziekolwiek. Zatrzymanie się nie jest fajne. Najlepiej być w ruchu. Robić hopa-hopa. Jeździć brum brumem. Ganiać się. Przebierać nogami.

Mogłabym tak spokojnie dotrzeć i do setki… Zamiast tego do mety: po co to wymienianie?

Wczoraj, popołudnie. Wracam z pracy biegiem, z plecakiem. Chcę zrobić sprinty. Na dotarcie na bieżnię za późno, wolę wrócić do domu jak najszybciej, żeby jeszcze duplo ułożyć, kolację zrobić… Skręcam do parku. Trudno, będzie z plecakiem i po ścieżce na rolki. Swoje wybiegane, wracam do domu i jakoś tak lżej.

Kiedyś bym kręciła nosem. Wybrzydzałabym. Marudziła. Satysfakcja z gotowania? Błagam. Radość, bo się wyszło do kina?? Codzienność.

A teraz, dzięki małej doceniam każdy banał.

Mała dziewczynka dała mi dużo małych marzeń. I dodatkową determinację, żeby ogarnąć te największe.

Dużo się teraz mówi o pasji, o marzeniach, o szczęściu, górnolotnie. Czasem sama nie wiem już, za czym gonię. Kolekcjonuję więc, w międzyczasie, marzenia w wersji mini.

I polecam!!

P.S. A jakie masz Ty?  

4 wyświetlenia

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

KOLORY COLORADO #11. Ciąża w USA.

Dziki Zachód czy american dream? Kolejna odsłona amerykańskiej rzeczywistości. Tym razem będzie lekko bezwstydnie, bo zabieram Was po gabinetach, szpitalach i, o zgrozo, do wnętrza koperty z rachunkie

Comments


bottom of page