top of page

TATAWYMIATA.PL czyli blog, który nigdy nie powstanie

Jest sobota, więc naleśniki należą się mi i małej N. jak…no, się należą i już! Każda rodzina ma swoje rytuały, choć nikt nie powiedział, że  muszą one wszystkich jej członków w równym stopniu cieszyć.

A Tatę te naleśniki nie cieszą tak do końca.

Bo fakt, że ciepłe i z masłem orzechowym dajmy na to są wielce smakowite, ale same się one (jeszcze) zrobić nie potrafią. Robi je więc Tata, w sobotnie poranki. Przysięgając sobie regularnie, że tym razem nie da się im sprowokować i wyprowadzić z równowagi. Patrzę na to dzisiaj z boku, rozbawiona. Blat z mąki, dziecko w piżamie, Tata w piżamie i do tego przejęty. – Słuchaj, powinieneś założyć bloga! Tatawymiata.pl. Byłby hit. Opiszesz swoje zmagania i patenty, no mówię ci, blogosfera by pokochała!

Patrzy na mnie wzrokiem pt: „nie-mów-do-mnie-kiedy-gotuję” i dalej coś tam miesza. Chwilowo więc nie zawracam masterchefowi rozczochranej głowy. Daję nura pod stół; złapię swoje dziecko i może tą piżamę w międzyczasie przebiorę. Choć… czy to ma sens, skoro mała już mazia po buzi pierwszym, upolowanym naleśnikiem?

Mam wolną chwilę!! Ta myśl, od dłuższego czasu praktycznie nieznana, prowadzi mnie prosto przed kompa. Machnę jeden post jako Tata Wymiata. Niedoszły narrator stoi tyłem do mnie i co kilka minut podrzuca w powietrze cienkie placki, a słowa piszą się same.

O TYM, JAK ZOSTAŁEM Z CÓRKĄ NA CAŁY BOŻY DZIEŃ

Halo, czy tu świeżo upieczony tata? Czytaj, bo wszystko przed Tobą i to prędzej, niż będziesz na to gotowy.

„Dasz radę!” – powie ona. – „Wiesz co i jak, listę wskazówek też ci zostawiłam, dasz radę! Pa!” – powie ona, rozanielona.

(Rozanielona perspektywą złudnej wolności).

Pomachasz, z telewizyjnym uśmiechem, z dzieckiem pod pachą. „Idź idź kochanie, będzie dobrze!”. A gdy drzwi się zamkną poczujesz coś dziwnego. Co to? Już wyjaśniam, stuprocentowa odpowiedzialność.  Jestem z Tobą, stary. You can do it!

To już oficjalne: zostaliśmy sami. Ten stan ma się utrzymywać przez najbliższe 12 godzin. Podchodzę do tematu projektowo i zaczynam od oceny sytuacji. Małej humor zdaje się dopisywać, pieluszkę i wdzianko ma czyste. Gdy stawiam ją na podłodze od razu mi ucieka i chichocze.

Na razie jestem na dobrze znanym gruncie, w końcu to mój główny obszar kompetencji: zabawa. Turlamy się po łóżku i robimy długą serię „akuku”. Po którymś z nich mała płynnie przechodzi z trybu „zaciesz” w tryb „rozpacz”. Patrzy na mnie z wyrzutem, pokrzykuje. Czegoś chce, czego chce? Zagadka jest podwójna trudna. Często pojęcia nie mam o co chodzi mojej żonie, choć przecież mi tłumaczy. Teraz kolejna kobieta ma wobec mnie oczekiwania, których nie pojmuję.

Z tą drobną różnicą, że owa kobieta ma trzynaście miesięcy, bodziaka z wróżką i mówi w nieznanym mi języku.

Zachowuję spokój i już to mam: przez żołądek do serca”! Lądujemy w kuchni. No przecież poranna owsianka dawno już została wydreptana. Zaserwuję węglowodany. Banan to moja tajna broń.

Bingo! Zostaje pochłonięty ze smakiem, a młoda konsumentka zabiera skórkę i rzuca się do ucieczki, powtarzając w transie „Am. Am. Am.”. Szybki przechwyt śmiecia i sytuacja już opanowana. Proste! Odsuwam szufladę z koszem, mała coś zauważa i robi szybkiego nura, po czym znów ucieka z nową zdobyczą. Kolejny przechwyt i już to mam: kostka do zmywarki.

Hola, koleżanko, patrz co tu jest, prawdziwe zabawki! Daje się zwabić, układa wieżę z klocków, a ja robię szybki myk na FB. W tym czasie odchodzi kolejna udana ucieczka. Gadzinka jest już w łazience i odrywa kawałki papieru toaletowego. Na kolanach zbieram listki z podłogi, ona włazi pod prysznic i moczy sobie skarpetki i getry. Refleks do pozazdroszczenia!

Porzucam swoją robotę kopciuszka i idę przebrać młode. Na bodziaku z wróżką jest centralnie plama po bananie, więc postanawiam zmienić całą stylizację. Gdy silę się na kolorystyczny dobór gatek do koszulki, mała wyrzuca z szafy obok całą kolekcję spodenek, zarzuca jedne z nich na szyję jak korale i, jakże by inaczej, znów mi zwiewa.

Tak mijają nam kolejne chwile. Ja tu, ona tam. Ma intuicję do siania destrukcji. Zawsze wybiera to, co najbardziej niebezpieczne. Chce wyrwać kabel lampki nocnej z kontaktu, wchodzi do zmywarki, wyrzuca zawartość szafek, wspina się na parapety i zawsze musi mieć zajęte ręce. Ucieka mi z kolczykami żony, długopisem, płynem do soczewek i, o zgrozo, moją kartą kredytową.

Dość, księżniczko! Konfiskuję, co moje i powoduję tym samym wybuch płaczu. Mała zalewa się łzami i powtarza, że „am, am”. Żeby nie było za łatwo, nie daje się postawić na podłogę. Lewą ręką obieram kolejnego banana. No co? Lubi przecież, o, już nie krzyczy.

A nie, sorry. Krzyczymy dalej. O co kaman? Koncepcji brak, więc próbuję co popadnie. Wygłupiam się. Robię teatrzyk z dwiema skarpetkami w rolach głównych. Daję jeszcze pół banana. Wchodzi jak ciepły nóż w masło, więc trzymam się tego tropu i podgrzewam obiadek. Ląduje na podłodze. Poddaję się. Marudzimy dalej. Och, jak jest źle.

Daję dojść do głosu mojej męskiej intuicji i odpalam odcinek z Martyną Wojciechowską. Małą usadawiam obok siebie, daję jej nawet poduszkę do oparcia dla wygody. Nastała błoga cisza. Triumfuję! Reportaż nas wciąga. Na ekranie ciepła Afryka i lokalne gwiazdy filmowe. Martyna tłumaczy nam, co i jak. Czuję dumę, że ogarnąłem. Patrzę na małą i w czas orientuję się, że ubrałem jej bodziaka tyłem do przodu. Na wygodę to widać nie wpływa, bo mała sobie ładnie śpi….Yyyyy śpi?? Patrzę na zegarek i nagle jasne jak słońce staje się, że buczenie było nie z głodu, ale ze zmęczenia. Ups.

Mam oficjalną przerwę. Na wszelki wypadek spędzam ją nicnierobiąc, z Martyną, komórką i córką (dosłownie) pod ręką. Śpi jak pasażer w pociągu, więc tylko jeszcze centymetr po centymetrze ją poziomuję, przykrywam swoją bluzą i włączam Tryb Relaks.

Dopada mnie wspomnienie: mała ma miesiąc, wracam do domu po którym ewidentnie przeszła trąba powietrzna i dostaję po uszach za (naiwne, teraz już wiem) pytanie do żony czemu nie posprzątała, skoro cały dzień w tym domu przecież siedzi… Moja wina, moja wina. Dziś pobojowisko zrobiliśmy podobne i to bez gotowania, bo w brzuchach póki co mamy same banany.

Mała się budzi i zregenerowany zaczynam drugą zmianę.

Kto nie pracuje, ten nie baluje, a w sobotę balowanie jest wielce pożądane. Decyduję: zrobię coś pożytecznego i skoszę trawę. Mała asystentka jest zachwycona kablami, a do mnie z opóźnieniem dociera, czemu ludzie zazwyczaj robią takie rzeczy BEZ towarzystwa nieletnich. Too late, kosiarkę wytaszczyłem i słowo się rzekło. Małą pakuję więc sobie na plecy w nosidle i pokazuję chwastom, kto tu rządzi. Nasz koszący duet ukazuje się oczom sąsiadek plotkujących  na placu zabaw. W wyobraźni dostaję gromkie brawa na stojąco. W rzeczywistości łapię kilka zaskoczonych spojrzeń pt. „gdzie jest matka tego dziecka”.

Pokoszone . Mamy partnerski układ – plac zabaw w zamian za wspólne prace ogrodowe. Przesypujemy kilka ton piachu z wiaderka do piaskownicy i na odwrót. W swojej roli jestem tak kompetentny, że wymieniam nawet kilka zdań z innymi mamusiami. „Idziemy do domu! Tatuś musi zrobić kolację i położyć cię spać” – rzucam, niby do małej, a jednak kto chciał, ten usłyszał. Obstawiam, czy panie są bardziej współczujące, zbulwersowane, czy pełne podziwu? Na ten ostatni trzeba sobie jak wiadomo zasłużyć. Postanawiam zdobyć kilka punktów u żony i zrobić małej pożywną kolację (czyt. bez bananów). Produkuję małe kanapki w trzech różnych smakach. Porcja warzyw to mus, więc na każdy kwadracik daję kleks ketchupu. Liczy się, czy nie? No i smakuje!

Instaluję małą z wypełnionym na maksa brzuchem w wannie, dziwnie jakoś taki zmęczony. Zapomniałem ręcznika. Gdzie jest pasta do zębów? Nie przygotowałem piżamki. Pokój nieprzewietrzony.

HELP! I need somebody!

Mała ma coraz większy rozrzut, woda tryska z wanienki jak z gejzeru. Nie ja tu rządzę. Ja tu tylko sprzątam – można by powiedzieć, ale nie można, bo w domu przecież armageddon. Z zamyślenia robię małej pasowanie na morsa i niechcący spłukuję jej włosy zimną wodą. Wtopa, ale twardzielka znosi to lepiej fizycznie niż ja psychicznie. Brrr.

Czas na nas. Dopada mnie mega zmęczenie. Nie ma jeszcze nawet 20.00! Sorry, ale my już odpadamy. Z kim przystajesz takim się stajesz! Na mnie podziałało. Jestem zmęczony jak niemowlak. Dodaję sobie energii wizją wieczornych rozgrywek w wiedźmina. Odhaczam wszystkie punkty rytuału na dobranoc, a przynajmniej w takim jestem przekonaniu. Wyprowadzi mnie z niego dopiero żona. Nieuczesana, nienakremowana i nienafaszerowanawitaminąD mała jest oficjalnie gotowa do spania. Zrobiłem to!!! Jestem bohaterem we własnym domu! Przytulam, włączam ulubioną piosenkę i czekam. Chodzę, bujam, nic. Oczka otwarte, świecą w ciemnościach. Zmieniam pozycję, krok w prawo, w lewo, tańczę, bujam. Naśladuję odgłosy suszarki do włosów. Proszę. Siadam na fotelu, ale zdecydowany krzyk stawia mnie znów na równe nogi. Jest. Odkładam poooowooooli do łóżeczka. Krzyk. „Nienienie”. Przytula się. Tańczymy. Dałbym sobie głowę uciąć, że słyszę nawoływanie Wiedźmina z drugiego pokoju. Już, już! Jest ciemno i ciepło, a mała ładnie pachnie. Puścić mnie nie chce za nic. Otwieram więc sobie jedną ręką drzwi do łóżeczka (przyp.red:turystycznego) i wchodzę do „środka” z małą. Znów bingo. Oddech głęboki, córa zrelaksowana. Policzę do dziesięciu i się stąd wysunę. Fajnie tu ma, nie powiem. Przytulnie. Kołdra grzeje w sam raz. Bezpiecznie, bo na poduszce leży pluszowy kundel i pilnuje. Ziewwww. Dobra, jeszcze chwilę, bo ten materac naprawdę jakiś taki komfortowy. Nogi wystają  mi z łóżka, ale już dawno nie było mi tak wygodnie. I ten tego….zieww…to był przyjemny dzień.. …niech się tylko szybko skończy 😉 Aaaa… Misie dwa…

Córa śpi i śpię też ja.

Tata naprawdę wymiata. Szkoda tylko, że nie chce o tym pisać 🙂

1 wyświetlenie

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

KOLORY COLORADO #11. Ciąża w USA.

Dziki Zachód czy american dream? Kolejna odsłona amerykańskiej rzeczywistości. Tym razem będzie lekko bezwstydnie, bo zabieram Was po gabinetach, szpitalach i, o zgrozo, do wnętrza koperty z rachunkie

Comentarios


bottom of page