top of page

„NAPISZ MNIE W ŚRODKU NOCY!” – twoja autobiografia 

Nieźle byłoby wymyśleć własne słowo, co? Muszę się za to zabrać, bo mam taki prozaiczny problem… Co kocham? PISANIE. Brzmi dziwnie. PISARSTWO. Nie pasuje coś. PISAĆ. Źleee.

Modne jest teraz życie z pasji. Zawód: pasjonat. Godziny pracy: nie dotyczy. Siedziba: nie dotyczy. Nie znoszę kawy, ale gdy już zdarzy mi się po nią wpaść do kawiarni koło naszego biura, mam obsesyjną myśl… Kim jest ten gość z wielkim kubkiem, zrelaksowany w samo południe, stukający coś na swoim modnym lapku? A kim ta dziewczyna, zadowolona, w kolorowych butach i bez cienia spiny, która przelewa się co rusz przez to miasto?

Chcę swojego małego stolika z kawą prawie pozbawioną kofeiny, muffinką pozbawioną cukru i beztroskiego pisania pozbawionego czasowej spiny.

Dość wstępu. Będę tak dzisiaj błądzić, pisać, kasować, bo nie wiem sama jeszcze, co z tego tekstu będzie.

Uwielbiammm PISANIE/-ARSTWO/-AĆ. Przechodziłam skrajne etapy. Byłam świętsza od papieża, byłam kujonem, pokręconą imprezowiczką, nierozważną romantyczką, siedziałam wiele lat w kącie, żeby potem drugie tyle tańczyć na stole i aż śmiesznie się to wszystko wspomina, mając za sobą kolejny normalny dzień pełen terminów i (…choć nienawidzę…) rutyny.

A to pisanie jest mi takie wierne, że aż szok. Takie mam wybiórcze wspomnienia….:

Jestem mini molem książkowym. Trzeba mi czytać i to dużo!! Z mamą kursujemy do biblioteki i długo wybieramy, co zabierzemy do domu. A z tatą zaśmiewamy się wieczorami przy „Dzieciach z Bullerbyn”.

Mam 6 lat i dostałam zeszyt z misiem. 16 kartek. Aż tyle!!! To był mój pierwszy „pamiętnik”. Kojarzę z niego tylko jeden dzień: zakupy na targu i zabawa w gąski z osiedlową ekipą dzieciaków. Wieki zajęło mi sklejenie literek. Ale widać było to dla mnie przeżycie z gatunku tych MEGA 🙂

Podstawówka. Z moją naj przyjaciółką tworzymy dwuosobową redakcję „Gazetki Uśmiechu”. Zasuwamy dla samej idei bycia „pisarkami”. Nie mamy jak kserować kolejnych egzemplarzy, więc przepisujemy je ręcznie. O losie. Czasem przerywamy turniej w dwa ognie, żeby pisać, chociaż obie uwielbiamy tę grę 🙂

Gimnazjum. Znajduję pisarską bratnią duszę. Ma prawdziwą maszynę do pisania i wiecznie rozmarzone spojrzenie. Taka autentyczna. Wypuszczamy razem kolejną szkolną gazetkę. Jedziemy szczerze i po całości. Były teksty, za które nam się oberwało. I jeden taki, którym ostatecznie podpadłyśmy całej klasie 😛

Non stop piszę do szuflady. Mam pierwszego kompa i nocami na zmianę piszę i trenuję z „Mistrzem klawiatury” 😀

W liceum metamorfoza totalna, robię się nieznośna i wjeżdżam na każdego, kto odważy mi się to z troski powiedzieć. Uzależniam się od sportu. Mam swojego pierwszego bloga na platformie Filipinki (pamiętacie tę gazetę??). Dużo mi on narobił problemów… W końcu kopiuję wpis po wpisie i zwijam manatki. Wirtualne znajomości przetrwały. Inspiruje mnie wtedy co popadnie, produkcja do szuflady (czyt. na dyskietki 😛 ) rozkręca się maksymalnie.

Początek studiów… Piszę dwutorowo, na poważnie i osobiście, na kolejnym blogu. Czytelniczki przechodzą, decydujemy się nawet na spotkanie w realu. Wena totalna, ale głównie przez bardzo osobiste tematy, zbyt osobiste nawet jak na anonimowego bloga. Choć gdybym się odważyła, kto wie, w jakim miejscu byłabym teraz…

Druga połowa studiów. Dół pisarski. Przedmiotów na studiach na potęgę i jedyne związane z pisaniem to programowanie, szczerze znienawidzone. Dochodzi praca. Sama siebie zamykam w strasznie nudnym pudełku. Na dysku pusto. W głowie brak pomysłów, pisarski przeciąg, nie ma prawie nic.

Zmieniam miasto i ajjjj, ale mi to dobrze robi, na wszystko. Znów piszę po nocach, w łóżku (bo nie mam biurka), po ciemku praktycznie (bo nie mam zasłon) – inaczej widziałoby mnie całe osiedle.

Praca, trening, trening, praca. Stop. Zapisz. Powtórz. Robię te swoje listy i pisanie jest zawsze jak wyrzut sumienia. No bo chciałabym, a tego nie robię. Tylko czemu?? Sport pochłonął mnie totalnie, codziennie mówię dzień dobry zakwasom i postanawiam, że tym razem naprawdę pójdę spać o normalnej porze (jjjjjasne).

Robię przysługę swojej chwilowo wyciszonej pasji i zapisuję się na kurs pisania. W metrze przebieram nogami pełna nowych pomysłów, odblokowało mi się coś w głowie, słowa układają się tak, jak lubię.

Ciąża. Z każdym kilogramem mój mózg się rozleniwia. Tęsknię cholernie za prawdziwym sportem. Mam czas. Miał być na ambitne pisanie, projekt życia, a jest na wpatrywanie się w pulsujący kursor i uporczywe poszukiwanie weny, która najwidoczniej odeszła mi wraz z okresem 😛

N. jest już na świecie. Pisanie nie istnieje. To dobro hiperluksusowe i nieosiągalne. Moje marzenia stają się dobijająco przyziemne: spać ciągiem dłużej niż 40 minut. Zjeść obiad przed 18.00. Znaleźć kogoś, kto ten obiad za mnie zrobi 😛

Domyślasz się już pewnie, że zbliżamy się do finiszu. I taaak, będzie happy end, choć przecież to dopiero początek, wiem to. Sport ratuje mnie z transu, w który wpadam. Ratuje mnie kilogram po kilogramie i godzina po godzinie. W głowie przedwczesne, wiosenne porządki. Jestem w punkcie wyjścia: mam pisanie i sport, które teraz muszę tylko ocalić przed brakiem czasu. Macierzyństwo brzmi jak dobra wymówka, ale jeszcze lepszy motywator. Powstaje runwithmum.pl, świeże, czysto amatorskie, moje i w sumie, to podświadomie wymarzone.

Musiałam to zrobić i będę tu pisać choćby nie wiem co. Mam tu wszystko; pamiętnik sześciolatki, redaktorskie wprawki z podstawówki i emocjonalne pisanie z LO, a to wszystko z moim sportem w tle.

Tak banalne, a tak proste. Robię to dla siebie, bo czuję, że RwM gdzieś mnie zaprowadzi, a z natury jestem ciekawska i muszę się dowiedzieć, GDZIE.

I robię to dla Ciebie. Bo sama dobrze wiem, ze czasem może zainspirować jeden zwykły tekst wykopany gdzieś w necie, więc dlaczego właściwie ten tekst nie miałby być właśnie mój? 🙂

1 wyświetlenie

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

WYSZŁAM NA MIASTO, a tam życie

….w pępku Wwy. Sobie tętni. Idę środkiem, jak w bańce, jak w bajce, niewidzialna. Adidasy nie brzmią na tym zgrzanym chodniku, jak powinny, nie ma stuk-stuk-stukstukstuk. W tej trattorii na rogu włosk

ROZWAŻNA CZY ODWAŻNA? List do dziewczynek.

Wsunęła stopy w buty i poleciała nosem prosto w dywan. – Mamo! Są złączone, złączone, złą…… – rozpacz razy milion. Wybiegłam jak z kadru słabej komedii, z nożyczkami w jednej ręce, tuszem w drugiej.

Comments


bottom of page