top of page

MODA NA BIEGANIE. Pół-żartem, pół-serio (-:

Dawno, dawno temu, gdy siłownie okupywały tylko tzw. koksy, a biegacze trenowali w starych dresach… Gdyby moja mała miała cierpliwość do słuchania bajek, chętnie bym jej taką opowiedziała. …w erze bez Nike+, Endomondo i Garmina…żyli sobie ludzie, którzy lubili sport i go sobie uprawiali. A potem czasy się zmieniały i tych ludzi było coraz więcej..Teraz nie tylko lubią sport, ale też lubią to, że ludzie lubią to, że uprawiają sport. Dziś, inspirowana kilkoma skumulowanymi obserwacjami, udzielam głosu Biegaczowi, Który Mnie Denerwuje.

Na wypadek, gdyby poniższy tekst nie był wystarczająco wymowny, doprecyzuję – chodzi o ten typ, który: a) biega tylko dla mody b) koncentruje się na otoczce zamiast na kwintesencji biegania c) męcząco się lansuje

Uwaga! Szanuję każdego biegacza. I uważam, że ważniejsze niż nabijanie km czy podkręcanie tempa jest rozprawienie się z samym sobą, z psychą, z wytrzymałością czy ze zwykłym „nie chce mi się”. Ale nerwy mam na jeden konkretny, wciąż mnożący się typ. Może go kiedyś spotkasz? Albo dobrze go już znasz?

P.S. Tekst pół-żartem, pół-serio. Bo bieganie jest tak dobrym sportem, że zasługuje na całe to zamieszanie, którego jeszcze nie tak dawno wokół niego nie było. A w końcu każdy z nas ma nieco inną do niego motywację i to jest naprawdę OK 🙂

…tymczasem dam dojść do głosu mojemu biegaczowi!

***

suchar z sieci 🙂


Robi się dziwnie. Nagle wszyscy mają jakąś PASJĘ. Nie mieć jej – to niemodne. „Niemodne” jest odrzucane. Tylko, że przecież nikt nie chce być do tyłu, no nie? Kminię, co mam do wyboru… w sumie SPORT wydaje się całkiem spoko. „Idę na trening” – brzmi dumnie. Baaa. Wspólne tematy z ludźmi będą, bo trening to teraz temat topowy. Torbę sportową wezmę do pracy, to będzie czarno na białym, że i ja dołączam do sportgrona. Tylko co konkretnie wybrać? Po szkolnym wfie trauma trochę. Robię mały research. Wiem, czego potrzebuję: ma być popularne, a do tego jeszcze, rzecz wiadoma, satysfakcjonujące – wyrzeźbię się i nieco zrzucę. Pada temat: crossfit. Oglądam na youtube, rzeźba faktycznie jest i to z naciskiem na RZEŹ. Ten klimat, podciąganie, skakanie po pudłach, treningi w jakiś zimnych bunkrach – eeee. Innym razem.

Jest, mam! Zrobię triathlon. No przecież wszyscy teraz robią. Rower jest, żabką popłynę, bojkę można mieć przecież, więc utopić się nie utopię. I wrażenie jednak robi. Podaż goni popyt, są zawody na 1/10 Iron Man, na luzie do ogarnięcia, na rowerze każdy jeździć umie, biegać każdy potrafi. Hmmm, tylko te koszty jakieś dla bogaczy, plus akcesoriów od groma; sumuję piankę, pakiet, buty, no i na rower osobne by mieć wypadało, liczę dalej i włos mi się jeży na głowie, a za dużo go, tak między nami, nie mam. To może tak..NAJPROŚCIEJ? Pierwotnie tak? Już wiem, co zrobię, już to mam.

BĘDĘ BIEGACZEM. Konkretnie od dziś. Zaczynam od przeglądu swojej szafy i ogarnia mnie myśl jakby babska: nie mam w co się ubrać! Starymi dresami straszyć w parku nie będę. Biegacz wyglądać musi i wiem to na pewno, w końcu niejedno zdjęcie na insta się widziało i niejednego biegacza się na mieście minęło. Zaczynam więc od ZAKUPÓW. Sport prosty, więc gadżetów też pewnie za dużo mi nie trzeba, no ale w byle czym biegać przecież nie będę. Spodnie jakieś, koszulka krótka i długa, bo pogoda różna przecież, w sumie od razu dwa komplety wezmę, kto by z praniem nadążył. Czapka jeszcze. Pokrowiec na komórkę, obowiązkowo. Markowe wszystko najlepiej, bo a nuż biegać się w tym będzie szybciej. A jak nie, to czego nie dobiegnę, to dowyglądam. Skarpetki już wezmę takie zwykłe, ale co my tutaj mamy: takie specjalne, z amortyzacją i w ogóle oddychające, no wezmę, bo bogatemu to przecież nikt nie zabroni. Najważniejsze dopiero przede mną: butów mi brak. Klikam, czytam, wybór przeogromny, w głowie się aż miesza. Ratujcie! Wbijam do profesjonalnego sklepu, pytań dostaję od groma i nie na każde mogę odpowiedzieć, więc mówię tak, jak mi się zdaje. W końcu je mam, wyglądają godnie i, co najważniejsze, bardzo biegowo, czyt. kolorowo. Jeszcze tylko skok do Saturna po biegowe słuchawki, inwestycja bardzo mądra, bo przecież i na siłownię się przydadzą, jeśli bieganie nie przypasuje. Facet z obsługi mnie namierza i zachwala zegarki z GPSem. Tych to się naoglądałem na FB czy insta! Wręcz znajomo mi wszystkie wyglądają. Kuszą mocno te cacka, ale cena skutecznie odstrasza, nic to, obczaję sobie w chacie na e-bayu, bo jednak zegarek to pozycja obowiązkowa. Dobrze, że mam porządną komórę i, założone dawno temu, treningiem nieskalane konto na Endomondo. Przez ten długi shopping dopada mnie już wieczór, zimno jakoś za oknem i zmęczenie dopadło dziwne. Szykuję więc swoją stylówę, a pobiegam na lajcie rano.

              wyłowione w sieci 🙂


* Dzwoni budzik, energii za wiele nie mam, żeby stoczyć się z łóżka. O co chodzi? A tak, od dzisiaj biegam, koguty będę budził, bo wcześnie jest nieprzyzwoicie, ale przed pracą przecież trzeba zdążyć. Dobrze, że zestaw przygotowany. Wciągam na grzbiet ubranie, wychodzę na dwór. Odpalam sobie endomondo. Dobra, nie ma co się zastanawiać, biegnę. Zimno dość, więc ruszam naprawdę szybko. Już co nieco poczytałem, więc wiem, że tempo mam niezłe, wow i o co tyle zachodu, skoro ja początkujący bez problemu biegnę i to szybko. Po drodze mijam kilku gości, macham im, na znak, że ja swój człowiek. Jest i park. Kurde, kolka. Zwolnię trochę, nie ma to tamto. Jakoś tak nierówno się biega, w żołądku zaczyna ssać. Głód! Może jednak trzeba było coś wsunąć? Siły nie mam, żeby przebierać nogami. Zatrzymam się i sprawdzę, ile już za mną. Dopiero trochę ponad 2km! Idę i sprawdzam sobie opcje endomondo. W międzyczasie porządnie już marznę. Dobra, dzisiaj nic z tego nie będzie, wracam do chaty! Pierwsze koty za płoty!

Minęła chwila, a już dostało mi się kilka lajków za moje bieganie. Wow. Zachęcające, więc cykam jeszcze selfie i udostępniam całość na FB. No i pobiegane. Zrobiło się całkiem późno, wsuwam coś na szybko i myk do pracy. Komórka co rusz mi wibruje od nowych lajków. W biurze przyłączam się do rozmowy o bieganiu, w końcu już coś tam wiem i pierwsze doświadczenia mam za sobą. Ktoś tam opowiada o zawodach, życiówkach, kryzysie i zakresach. Słucham jednym uchem, średnio to ciekawe, ale coś tam wtrącam. Łydki mnie jakoś bolą dziwnie, nietypowo. Czy ja wiem, o co tyle zachodu w tym bieganiu… choć fakt, że poruszenie w sieci jest na jego temat. Nie ma dziwne, że ludzie masowo udostępniają te treningi i foty. Ja tymczasem mam tylko poranne selfie, a to jednak nie to samo, co foto z medalem.

I to jest właśnie MYŚL, tego mi brakuje. Ostatnio w mieście był półmaraton, tyle osób startowało, że szok. Trudne to być nie może. Ale to już poważna sprawa, nie ma to tamto i Garmin musi być. Z pulsometrem taki. Się pomyśli. Oczami wyobraźni już się widzę podczas takiego biegu. Przebiję kumpli, to już będzie coś. Coś z pasją. Wracam do biurka i na FB szukam wydarzenia – półmaraton w moim mieście. Za 3 miesiące. Czasu jak atłasu. Pyk, i już lajk. Od razu do grupy biegowej się też dopiszę. Lubię to. Przyjemnie. Głód znów dopada, więc zamawiam na szybko kebaba z dostawą. W końcu mi się należy, węgle trzeba doładować czy coś. Tak to teraz działa!

NO BO W KOŃCU JESTEM BIEGACZEM, A JAK!

2 wyświetlenia

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Comments


bottom of page