top of page

KOLORY COLORADO #6. Angielski w praktyce – mała i ja.

Long story short: w tym tekście przeczytasz o trzech rzeczach.

1. Jak możesz nauczyć się języka, żeby umieć go swobodnie użyć za granicą? 2. Co robię, żeby wycisnąć językowo 100% z pobytu w USA? 3. Jak wygląda nauka 3latki, która z dnia na dzień zmieniła polskie przedszkole na amerykańskie?

 

“Studia to pewny zawód”, “języki to podstawa”, “ucz się, ucz, bo…”. Uh. Teraz mogę to już powiedzieć: większość mojego życia nie znosiłam się uczyć. Bardzo. O ironio, jednocześnie byłam klasowym kujonem. W LO zrobiło się jeszcze ciężej. Przeszłam filmowy bunt. Wciąż z paskiem na świadectwie, ale totalną niechęcią do kucia formułek na pamięć i uczenia się tego, co przecież w życiu mi się nie przyda.

I to właśnie coś, co zniechęci nawet najbardziej ciekawe świata dziecko.

Języki były na mojej czarnej liście. Jadąc rowerem na prywatny angielski walczyłam, by nie skręcić do lasu na ulubioną trasę. Czasem skręcałam. Cóż, gdyby nie uroczy nauczyciel, robiłabym to jeszcze częściej. Maturę zdałam gładko na 100%, ale wciąż bez przekonania.

Teraz kocham się uczyć. Zestarzałam się i zmądrzałam? Pewnie też, ale dorosłość ma tę mega zaletę, że można sobie wszystko powybierać. Metodę, temat, zakres, męża. To zmienia absolutnie wszystko!

JĘZYK BEZ SENSU

Zastanawiam się, co jest bardziej zniechęcające?

Kucie słówek z zeszytu, najlepiej tematycznie? W końcu na pewno będąc za granicą przyda się nam, na przykład, taka “ważka”.

A może meandry gramatyki? Ooo tak! Którego czasu użyjesz, jeśli jedna czynność jeszcze się nie dokonała, a druga już się zaczęła? Jak to, nie wiesz? Ha, i Ty się chcesz dogadać?

Albo: x lekcji poświęconych ekologii czy tam inżynierii genetycznej. Toż to podstawa! Wybrany szczęśliwiec czyta na głos, reszta odpływa myślami. Efektywnie. Skupienie poziom max.

To nie tak, że te rzeczy się nigdy nie przydają. Myślę tylko, że są nam podsuwane w nie takiej kolejności. Bo potem jedziemy za granicę z 100% z matury i nagle…nieswojo się nam odezwać, choćby do kelnera. Nawet ogromna ochota na ale’a czy steka nie za bardzo pomaga.

JAK UCZYĆ SIĘ JĘZYKA, ŻEBY UMIEĆ GO UŻYĆ?

Uczyłam się niemieckiego, angielskiego i nieco hiszpańskiego w szkole i prywatnie, przetestowałam kilka różnych szkół językowych i metod. Byłam 3 miesiące w Anglii, pracując w butiku z babskimi butami. Przez tyle samo czasu biegałam z tacą po kasynie w Nevadzie. Gdy to piszę, jestem po dwóch miesiącach pobytu w Colorado i jeszcze trochę tu zabaluję. Z tej perspektywy: co pomaga wg mnie najbardziej?


  1. MÓWIENIE I SŁUCHANIE. …podczas gdy często w szkołach skupia się na pisaniu i czytaniu. Jasne, że wszystko się przyda, ale te drugie bez pierwszych stają się nagle nieużyteczne, gdy trzeba załatwić cokolwiek: konto w banku, wizytę u lekarza czy zwykły small talk z kimś nowo poznanym.

W Polsce najbardziej odpowiadała mi metoda Callana – to perełka! Lekcje nastawione są na ciągłe mówienie i słuchanie, zdań uczy się w konkretnym kontekście, osłuchuje się z melodią języka. Nie siedzi się przy biurkach, nie trzeba nic notować. Na dodatek nie ma zadań domowych 🙂 Czy to nie brzmi jak bajka? Ta metoda dała mi zdecydowanie najwięcej i pozwoliła szybko dogonić moich zaawansowanych znajomych, gdy w 2 LO zdecydowałam się zdawać jednak angielski zamiast niemieckiego. Jej minus jest jednak taki, że od pewnego poziomu – coś koło B2 – już nie rozwija i trzeba douczać się innymi sposobami.


  1. TOP ZWROTY. Są słowa, których w “prawdziwym życiu” używa się najczęściej. To właśnie one są dla nas najważniejsze na start. Szkoda tylko, że nie każda metoda nauki się z nimi pokrywa i bywa, że uczymy się zwrotów, których nawet po polsku praktycznie nie używamy. Tutaj łapcie pierwszą z brzegu listę 1200 najczęściej używanych angielskich słówek.


  1. IMERSJA. Popatrzmy na dzieciaki: przecież nikt z nas nie uczył ich polskiego słowo po słowie. To byłaby męka! A więc czemu te maluchy są takie wygadane? Zatapiają się w języku i po jakimś czasie wiedzą, kiedy co powiedzieć – niestety dotyczy to też przekleństw ;-).

Jeśli więc planujesz wyjazd za granicę i chcesz się poczuć swobodniej, pomogą filmy bez dubbingu, anglojęzyczne książki i (sorki, ale to już uzależnienie!) podcasty czy audiobooki. Nie znosiłam słuchania sztywnych rozmówek, które serwowano nam czasem z angielskich płyt w szkole. Gorsze od nich były tylko niemieckie. Na szczęście można zrobić to przyjemniej i włączyć sobie choćby Friendsów, zwłaszcza jeśli nie chcemy wyskoczyć w USA ze sztywnym, szkolnym językiem.

OK, faza przygotowawcza za nami. Jedziemy! Co można zrobić, będąc w anglojęzycznej rzeczywistości?

ANGIELSKI I JA

Idealna byłaby pełna imersja. Praca oparta na rozmowach z ludźmi (uwielbiałam to w kelnerowaniu!), potem amerykańscy znajomi. Nauka pełną parą.

Tym razem mam inaczej. Nie pracuję tutaj, choć legalnie mogłabym. Mam też bardzo ograniczoną ilość czasu do godziny 0, za którą uważam narodziny bliźniaków. A planów po kokardę. Mimo to chcę wycisnąć maksymalnie dużo języka z tego pobytu. Jak to sobie wymyśliłam?


  1. CODZIENNIE SŁUCHAM. Są dni pełne okazji: bo dużo do załatwienia na mieście, bo z kimś się pogada na dworze. Ale trafiają się i takie…zastojowe. Dlatego regularnie włączam sobie angielskie podcasty na tematy, które mnie ciekawią. Dzięki temu zwyczajnie mi się chce i to dla mnie nagroda, a nie jakiś nudny przymus. Słucham zwykle sprzątając, gotując i jadąc samochodem. Dodatkowa godzina dziennie jak nic.


  1. CODZIENNIE MÓWIĘ I PISZĘ. Może to zabrzmieć teraz marnie, ale do narodzin twixów szkoda mi czasu na regularne spotykanie się z native’ami. Raz na jakiś czas to robię, ale zawsze łączę przyjemne z pożytecznym. Dlatego własnie dopisałam się do klubu Moms of Multiples – mam bliźniaków +.

Udzielam się na amerykańskich grupach na FB – tych dla kobiet i sportowych. Podglądam, jakich używa się tu skrótów w pisowni, jakich słów, jak buduje się zdania. Zrobiłam też mały research na czas, gdy dzieci będą już na świecie i wiem, gdzie i kiedy spotykają się tutejsze mamy. Wtedy do nich dołączę.

A, i zapomniałabym! Mówię do siebie. Regularnie 🙂 Idę po małą 2ominut, na trasie zwykle mijam co najwyżej biegacza lub kogoś z psem. W tym czasie mówię sobie na głos po angielsku. Coś, co chcę przemyśleć. A czasem i coś bez ładu i składu, luźne wątki. Jeśli na sali jest psycholog – niech mi powie, czy powinnam to leczyć!


  1. CODZIENNIE CZYTAM. Nie, że tylko FB i amerykański Instagram. Kupuję na Amazonie książki i czytam je zwykle na głos, żeby ćwiczyć akcent. Robię tak, że książki rozwojowe, również po angielsku, czytam w dzień, a wieczorem biorę się już tylko za powieści, zawsze po polsku.


  1. IDĘ NA STUDIA. Możliwe, że zwariowałam, bo trwają od marca do października, ale jestem przeszczęśliwa z tego powodu!


  1. ZACZYNAM KONWERSACJE ONLINE. Mamy taką bezpłatną możliwość bez limitu, grzechem byłoby nie skorzystać.

  1. ODZYWAM SIĘ, GDY TYLKO MOGĘ. I PYTAM. Jeśli nie jestem pewna, jakiego określenia używa się na dane “coś”, po prostu pytam. Zwłaszcza, że translator często podsuwa bzdury.

Ludzie naprawdę tego źle nie odbiorą! Myślę, że wręcz przeciwnie. W końcu kto z nich umie mówić po polsku? Jesteśmy często zbyt krytyczni wobec siebie, zbyt perfekcyjni.

Pytam notorycznie. W serwisie samochodowym, w banku, na infolinii umawiając się na wizytę, u ginekologa 🙂 Mówię dużo i szybko, więc często mnie ponosi i zanim się zastanowię, jest już po fakcie. Damn, nie ten czas, nie ta struktura, powinno być inaczej! I co? Nic. Serio, mówienie i rozmowa to najlepsze, co możemy sobie zaserwować.


ANGIELSKI I MAŁA

O, to zupełnie inna bajka.

Pytaliście, jak ją przygotowywałam i czy chodziła na lekcje. Nie. I wcale tego nie żałuję.

Lekcje angielskiego dla dzieci są…specyficzne. Przede wszystkim: krótko trwają i polegają głównie na zabawie. Nie czułam, że cokolwiek by jej dały. W naszym polskim przedszkolu angielski owszem, był, ale nigdy nie miałam na to ciśnienia. Myślę, że te pojedyncze słowa i śpiewanie piosenek kilka razy w tygodniu nie ma większego znaczenia.

W Biedronce kupiłam kiedyś fajny elementarz słów po angielsku i zdarzyło się nam go kilka razy przejrzeć. A! Gdy mała dowiedziała się o wyjeździe, życzyła sobie czasem puszczania jej ulubionej bajki Puffin Rock po angielsku. Dzięki temu zna takie przydatne słowa, jak octopus czy seagull 😉

To by było na tyle przygotowań.

Gdy to piszę, mała od ponad miesiąca chodzi do amerykańskiego przedszkola. Nie szukałam międzynarodowego, a tym bardziej polskiego – kto wie, może w Denver jest. Razem oglądałyśmy różne miejsca, w każdym wołała: “chcę chodzić tutaj!”, więc wybrałam takie, do którego chciałabym chodzić ja 🙂

I poszła. Po kilku dniach uznała, że panie mówią po polsku, co oczywiście nie jest prawdą- pomijając dyrektorkę, która kiedyś przybiegła do mnie zadowolona i, klepiąc się po sporym tyłku, zapytała czy to “dupa”, bo przypomniało się jej, że tak właśnie mówiła jej babcia z polskimi korzeniami 🙂 Kilka obserwacji po pierwszym miesiącu:


  1. Nie ma sensu pytać tak małego dziecka, jakie już zna słówka po angielsku. Dzieci naprawdę mają problem z takim rozgraniczeniem. Po prostu słyszę, że gdy mała wchodzi do przedszkola zaczyna z automatu wrzucać angielskie słówka lub takie, które brzmią jak angielskie, ale nimi nie są.


  1. Dzieci uczą się z kontekstu. Od pierwszych dni mała opowiadała, na czym polegała zabawa, o co poprosiła ją pani, kto się na kogo zdenerwował. Wyczuwają to też niewerbalnie.


  1. Małe dzieci nie mają bariery językowej. Z tym, że w wieku trzech lat dziecko już rozumie, że coś się zmieniło. Mała wspomniała kilka razy, że “dzieci mówią po angielsku, a ona jeszcze nie” ale tłumaczyłam jej, co i jak.

Jest różnie. Czasem martwi się, że nie umie powiedzieć czegoś tak dobrze, jak po polsku. Minęło niewiele czasu i jeszcze ją to ogranicza. Czasem ze wzruszeniem ramion oświadcza mi, że z dziećmi rozmawia cały czas po angielsku choć oczywiście jeszcze go nie umie. Nie cisnę jej i na tym etapie cieszę się, że dołącza się do zabawy i zwykle odbieram ją roześmianą.

To, na jakim jesteśmy etapie z językiem, najlepiej oddaje ten post z FB:

  1. Nie naciskam. Większość książek czytamy po polsku, nie silę się na mówienie po angielsku w domu. Myślę, że te sześć godzin dziennie w przedszkolu to i tak superintensywny kurs. Niech przejdzie go w swoim tempie.

 

Wniosek jest jeden: pewnie, że warto się uczyć języków…ale tak jak ze wszystkim innym: nauka smakuje najlepiej, gdy przechodzi się ją po swojemu. A co lubisz Ty?  

2 wyświetlenia

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Comments


bottom of page