top of page

KOLORY COLORADO #3. Co w Twoim życiu może zmienić przeprowadzka?

…i nagle okazuje się, że na hamburgerach też można pociągnąć! A te wszystkie lekcje angielskiego, na które jechałam rowerem wahając się 1000 razy, czy nie skręcić do lasu, miały głębszy sens.

Każdy z nas ma jakieś słabostki. Wiecie, coś, co jest lekko tandetne, ale i tak nas przyciąga. Takie np. do bólu słabe komedie romantyczne, które kończą się w 99% pościgiem, porodem lub pościgiem do szpitala i porodem.

Moja słabość to amerykańskie poradniki o takich tytułach, że aż się Wam do nich nie przyznaję i historie pt. “zmieniłem swoje życie”. To kiepski zestaw. Od tych pierwszych pęka mi Kindle, od drugich – głowa, gdy zaserwuję je sobie w nadmiarze.

Jeśli jednak lubicie podobne opowieści, dziś będzie coś na ten wzór. Co zmienił w naszym zachowaniu i myśleniu przyjazd do USA? I co mogłaby zmienić przeprowadzka w Twoim życiu?

GORZEJ JEMY

To z burgerami na wstępie było podpuchą, ale oddaliliśmy się trochę od poziomu trzymanego w Polsce. Jest mniej kreatywnie i bywa, że na mieście. Oczywiście, że mam na to wymówki!

Wymówka nr 1: brak sprzętu przez miesiąc. Spróbujcie schować sobie wszystkie kuchenne akcesoria i 100% AGD – nagle okazuje się, że znany repertuar okraja się do zupełnych podstaw i nikt nie narzeka, gdy trzeci raz w tygodniu na kolację wjeżdża gotowane jajko z przypadkowymi warzywami.

A, spróbujcie jeść jajko na miękko bez podstawki 🙂 Dla nas to już norma!

Wymówka nr 2: produkty. Obstawiam, że wchodząc do sklepu zgarniasz niektóre rzeczy na autopilocie bo wiesz, że Ci pasują smakiem i składem. Tutaj zakupy zajmują mi dwa razy więcej, bo kwitnę przy półkach, czytając co to w ogóle mam w ręce, wbijam słowa w translatora albo za Chiny ludowe nie mogę znaleźć czegoś, co POWINNO tu przecież być i sypie mi się nagle cała koncepcja na danie.

Wymówka nr 3: ceny. Tutaj od pełzania weszłam “już” w dumny etap raczkowania, czyt: zaczynam co nieco ogarniać. Na czas wizyty w markecie włączam tryb superczujności, inaczej przy kasie można dostać lekkiego wstrząsu. Drób potrafi być tu duużo droższy od wołowiny, za kaszę jaglaną płaci się nieporównanie więcej niż w PL (na pocieszenie: i tak ciężko ją dorwać), skromne opakowania mogą przebić cenowo takie w rozmiarze XXL. W każdym markecie są opcje organiczne, zwykle tak sprytnie rozłożone, że bezwiednie można zapakować do koszyka szczęśliwą cebulę za 2 dolce i kolendrę za 4.

Wymówka nr 4: bywa, że głód dopadnie nas in the middle of nowhere, bo przedłużyła się nam jakaś wyprawa, a wtedy jedynym rozwiązaniem są restauracje. Choć…to słowo brzmi zbyt szumnie jak na miejsca, w których jemy 😉 Lecimy na kuchni międzynarodowej. Czasem sprawdzamy miejsce w Google, podjeżdżamy, a potem jesteśmy zaskoczeni, że na czymś co wygląda jak dawno podupadłe świeci neon OPEN. Tym sposobem ostatnio w miejscowości Golden u podnóża gór trafiliśmy na obłędną, arabską knajpę z boskim hummusemmmm.

Dodam, że przylegał do niego imponująco wyposażony sklep biegowy, a to n a p r a w d ę był wygwizdów.


MNIEJ KUPUJEMY

…chciałoby się napisać: “mniej wydajemy”, ale nie po to ma się bloga, by się na nim samemu oszukiwać.

Musieliśmy się tu umeblować, doposażyć w elektronikę i wziąć w leasing samochód. To ostatnie okazało się niezłą przeprawą, bo choć wszyscy jeżdżą wielkimi autami, to na tyłach trzy psy się owszem, zmieszczą, ale trzy foteliki już niekoniecznie.

Za to w kwestii kosmetyków, ubrań i innych przydasiów przeszliśmy w tryb minimalistyczny, zgodnie z duchem czasu. Przyznam, że pomaga mi też panujący tutaj luz ubraniowy, przestałam czuć tak mocną “presję” kupowania, jaką miałam w Warszawie, mijając codziennie pięknie wystylizowane dziewczyny. Nie zmieniłam stylu na żonę farmera, choć co drugie osiedle ma słowo “rancho” w nazwie, ale wydaję nieporównanie mniej na tego typu atrakcje.

Książki dla małej wynosimy hurtowo z przedszkola – mają biblioteczkę. Wydatki wiążące się z dużym miastem jeszcze nas nie dotyczą, bo poza iluminacjami w Denver Zoo inne wycieczki to był  plener. Nawet mała woli kartony od większości swoich zabawek 😉 …się porobiło…

DŁUŻEJ JESTEŚMY NA DWORZE

Auto, dom, sklep, ew. trening – znacie to? Jesienią i zimą często przechodziłam w taki tryb, a pogoda za oknem skutecznie odstraszała. Za nią jestem tu chyba najbardziej wdzięczna. Takiego stycznia jeszcze nie miałam, mimo, że co jakiś czas sypie ostro śniegiem.

Małą odbieram piechotą, a odległość jest amerykańska – daleko nam do komfortu w Warszawie, gdzie do przedszkola szło się kilkanaście kroków w klapkach. Codziennie podejmuję więc skomplikowaną decyzję strategiczną, czy zabrać wózek, czy sanki. Pierwsze oznacza niesienie go momentami po ogromnych muldach śniegu, drugie – szuranie po kawałkach odśnieżonego chodnika 😉


KORYGUJEMY JĘZYK

Nigdy nie przepadałam za angielskim – jeszcze w drugiej LO planowałam rozszerzoną maturę z niemieckiego, ale nauczycielka doprowadziła mnie do takiego szału, że zrobiłam jej “na złość” i uwzięłam się na angielski.

Szło mi dość szybko i lekko. Co z tego, skoro po przyjeździe na 3 msce do Anglii ledwo byłam w stanie się dogadać? Wymiękałam przy akcencie (Midlands, ma-sa-kra), a zdania budowałam sztywno i książkowo. Pracowałam wtedy w popularnym butiku z damskimi butami, a mój zakręcony szef wyśmiewał mnie bez ogródek i mówił coś w stylu: “W jakim to było języku? My tak nie mówimy. I po co używasz tylu dziwnych czasów?!”

Gdy już się przestawiłam, rok później pojechałam na W&T do Nevady i przeszłam powtórkę z rozrywki. Angielskie słówka musiałam podmieniać na amerykańskie, akcent też się różnił. Minęły lata, a ja znów czuję się jak tamta studentka z za dużą tacą w za głośnym kasynie.

Codziennie łapiemy potoczne, tutejsze zwroty i uczymy się słów, których wcześniej nie znaliśmy – od spożywki po ginekologię 😉 Mam mocne postanowienie, żeby “unaturalnić” tu swój angielski. I jeszcze mocniej liczę na to, że mała złapie go w tej właśnie postaci, zamiast męczyć się z kuciem słówek.


LŻEJ SIĘ UBIERAMY

…poza moim mężem, który wciąż wygrywa zawody na Najcieplej Ubranego Faceta na Szlaku. Pisałam Wam już trochę o tych klimatach. Jest postęp! Za pierwszym razem, gdy sypnął śnieg mała minęła w drzwiach przedszkola dziewczynkę z gołymi nogami i w kozakach. Sama była w narciarskich portkach, co od razu mi wygarnęła 😉

Teraz w podobną pogodę starczają legginsy i obowiązkowe tutu. Czapki częściej rezydują w szafie, niż na naszych głowach. Dodam szeptem i z błaganiem, coby nie wykrakać: zero kataru.


SPĘDZAMY WIĘCEJ CZASU RAZEM

Wiem, że to komfort i sytuacja przejściowa, ale jaka przyjemna…Policzyłam, że w ciągu miesiąca tutaj spędziłam z małą więcej czasu, niż przez pół roku w Polsce. Dla tak emocjonalnej sztuki, jak ona, to naprawdę ma znaczenie i widzę zmianę w jej zachowaniu. …choć do aniołka jej daleko tak jak stąd do Polski 🙂


SPOTYKAMY MNIEJ LUDZI

Zło! Ale tak jest i zabieram się za ten temat lada moment. Póki co moje znajomości tutaj ograniczają się do świata online. Reszta to przypadkowe rozmowy na placach zabaw czy krótka wymiana zdań gdzieś w sklepie czy na szlaku. Zdecydowanie za mało.

JESTEŚMY MNIEJSZYMI SZTYWNIAKAMI

Jak czegoś nie wiem, to pytam. Jak nie rozumiem, proszę o wyjaśnienie. Darowałam sobie presję, żeby być zawsze poprawna i ogarnięta. Tutejszy klimat temu sprzyja. Kilka dni temu, na parkingu, mój mąż niechcący trącił wózkiem groźnie wyglądającego mężczyznę. Przeprosił, ale facet tylko coś tam burknął. A po chwili podszedł do niego, uścisnął mu rękę i…sam przeprosił, że go wcześniej nie usłyszał i nieprzyjemnie go potraktował.

MYŚLIMY OPTYMISTYCZNIEJ O PRZYSZŁOŚCI

A główna zasługa, to tutejsi ludzie. Gdy widzę siwiutkich panów, którzy cisną po górach, starsze panie, które spacerują wzdłuż jeziora z aparatami i wybierają dobre kadry, a  nawet chore osoby na wózkach, które przyjechały sobie na zakupy do IKEA, robi mi się jakoś lżej na duszy. Ten klimat znam też z Nevady, w kasynie spotykałam mnóstwo staruszków, którzy na wózkach krążyli między automatami albo pykali w pokera 🙂

ŁAPIEMY DYSTANS

Najważniejsze, tak jak deser, mam na koniec. Jakoś tak to działa, że z dystansem w kilometrach zmienia się też ten taki dystans niedosłowny.

Do siebie. Do tego, co się miało za pewniaki. Dystans wobec innych – bo nagle potrzebuje się pomocy obcych osób. Do sytuacji – gdy to, do czego się przywykło nagle nie istnieje.

A z nim przychodzi tysiąc pięćset filozoficznych myśi, których to miejsce by już nie udźwignęło 🙂 Dość na dziś!

 

Wracam teraz do kolejnego amerykańskiego, wygrajżycieporadnika, a Wy dawajcie mi znać, jeśli macie jakieś specjalne zamówienia odnośnie tematyki. W końcu było się cztery miesiące tą kelnerką, to się co nieco wie o serwowaniu 😉

Ciąg dalszy nastąpi!

2 wyświetlenia

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Commentaires


bottom of page