top of page

FILM AKCJI Z HAPPY ENDEM czyli siostro, ja rodzę!

Choć podłoga w tym domu jeszcze nigdy tak nie błyszczała. Choć sąsiedzi rzucili mi litościwe spojrzenie, gdy cisnęłam w górę i w dół po schodach budynku. Choć, tak między nami, nie cisnęłam, lecz wdrapywałam się mozolnie, jak na grubasa przystało. Choć skakałam na piłce przy serialu, choć piłam jakiś napar obrzydliwy, choć – to już skandal – zaznaczyłam tę datę osiem miesięcy temu na czerwono w kalendarzu, werdykt jest jasny: TO NIE DZIŚ!

Idę z fochem i z mężem do łóżka. Po drodze, w ciemnym przedpokoju, potykam się o Torbę Magiczną, tę o której piszą wszystkie portale dla mamusiek jak nakręcone już od 30 tygodnia. „Tydzień 30. Twoje dziecko jest mniejsze, niż Ci się zdaje. Ten skok wagi to magnumy pożerane nocą, a nie potomek. Ale nie o tym. Czy masz spakowaną torbę?!” „Tydzień 34. To już zaraz! [przyp. red. 6 tygodni to nie jest „zaraz”. 6 tygodni to jest bardzo dużo, gdy waży się 5kg więcej od swojego własnego męża!!!]. A jak tam torba? Gotowa, ma się rozumieć??”

Godzina 0:00. Rzucam się na łóżko, tfu, rzuciłabym się jakieś 8 miesięcy temu, gdy byłam lekka jak motyl i giętka jak moja nauczycielka jogi dla ciężarówek.

Lokuję się więc na łóżku posapując tak, jak nigdy posapywać nie chciałam.

Jestem uwięziona w swoim super-size-me-ciele i marzę już tylko o tym, żeby mnie ktoś czym prędzej rozpakował!

Mija północ. A więc to już oficjalne, dramatyzuję. Jestem PO TERMINIE. Ciąża przechodzona. Trafię na wywoływanie, to pewne. Czeka mnie poród na skraju dopuszczalnej daty, wywoływane skurcze i totalna kicha. Zanurzając się po ciemku w tych ponurych myślach czuję GO. Skurcz! 1szy, pełnoprawny, no ewidentny.

AAAA!

W pierwszej chwili chcę budzić mojego P., ale zachowuję nietypową dla mnie zimną krew i ze spokojem stoika leżę, czekam.

Auć. Następny! Przejęta raportuję o tym fakcie swojej przyjaciółce i dalekiej znajomej, która akurat napatoczyła się na FB.

Siostro, czy ja rodzę?! Budzę P. Ten, umysł analityczny, wyciąga notatnik i zapisuje godzinę skurczu, po czym jakby nigdy nic idzie spać dalej. No po prostu w to nie wierzę. Rodzę i jestem sama, ja i ta znajoma, tematem niezbyt zainteresowana, co się nocą zasiedziała na FB i pewnie teraz żałuje.

Ale wiecie co? Wcale nie są takie złe, te skurcze. Phi. A jednak się trenowało, na piłce skakało, na jodze wyginało, to procentuje. Dołączę do grona tych, co to im poszło jak z płatka i co to ich żadna normalna, rodząca kobieta za te ich historie nie znosi.

Rodzę i przeglądam Instagrama, a co jakiś czas zapalam nocną lampkę i notuję skrupulatnie godzinę skurczu. Pod koniec nocy jestem nie tylko niewyspana, ale i zapdejtowana z social media oraz, co gorsza, nadal w 2paku.

Dzwonię na porodówkę. – Dzień dobry. Skurcze nieregularne, co tyle i tyle minut. Przyjeżdżać? – Przyjeżdżać. KTG zrobimy.

Ha! Akcja, to mi się podoba! Przejęta szarpię P., coby stanął na nogi, bo w końcu to już 6.00 rano i mamy szansę wyrobić się na izbę przyjęć zanim zaczną się największe upały, które ścinają mnie co dnia z moich opuchniętych nóg.

Pakujemy się do auta z Magiczną Walizką i przenośnym wiatrakiem, który stał się moim największym przyjacielem w 9tym miesiącu „stanu błogosławionego” (hu, hu…..).

10 pacjentek i kilka godzin później zostaję spławiona z KTG w ręce z informacją, że rodzić to ja będę, ale nie za prędko.

Jestem okrutnie głodna, ale nawet takie ciążowe hity jak kebab z Amrita czy rogalik z nutellą nie wzbudzają we mnie emocji. Te skurcze, roztrzepane jak ich właścicielka, utrudniają mi przyziemne myślenie.

Dzień mija. Skurcze nie mijają. Atakują mnie bez ładu i składu. Kupuję wodę w Żabce. Auć. Wchodzę po schodach. Auuuć. Wącham ubranka, zakochana w zapachu proszku do prania dla niemowląt. Auć!!

Wieczorem sprawa robi się poważna. Zaganiam mojego P. do Spotify, coby mi zmontował przyjemną playlistę na poród. (TAK, naprawdę uważałam, że będę sobie beztrosko rodzić w rytm ulubionych kawałków. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko fakt, że to moja 1sza ciąża 🙂 ).

Noc jest podła. Gdy tylko zmrużę oko, skurcz zrywa mnie na równe nogi. Zaczynam panikować. Przepraszam, a czemu to tak boli? Przecież wszystkie ćwiczenia przykładnie odklepałam, a jeszcze dwa dni temu byłam na basenie, na którym z podwodnym uśmiechem na ustach machnęłam kraulem 2km.

Nad ranem, półprzytomna, dzwonię na porodówkę. – Halo? Chyba rodzę. Skurcze nieregularne, ale boooooli. Przyjeżdżać? – Przyjeżdżać, KTG zrobimy.

Zrobili. Siedzę w dusznej poczekalni ze skurczonym z głodu żołądkiem. Rozglądam się i nie opuszcza mnie wrażenie, że tu nie pasuję. Kobietki gabarytowo niby podobne, ale zrelaksowane jakieś takie, rozmowy prowadzą, uśmiechy czasem rzucają. Mi tymczasem do śmiechu nie jest. Czekam. Czekam. W międzyczasie przychodzi mamuśka, co to podpisała zawczasu odpowiednie papiery i już ją zabierają, w koszuli nocnej, opanowaną, ładną i bezskurczową.

Zwijam się. Boli jak jasna cholera. Na recepcji siedzi jakiś chłopaczek. – Przepraszam. To mój 1szy raz, ale jestem prawie pewna, że rodzę. Dostaję wzrok pt. „Taa. Kolejna panikara”. – Proszę czekać. Wezwiemy. To jeszcze nie to.

W tzw. międzyczasie postanawiam złożyć spontaniczną decyzję mojemu lekarzowi prowadzącemu, który kiedyś urzekł mnie swoim oschłym stylem bycia i cynizmem (coś musi być na rzeczy, bo mojego trenera też lubię dokładnie za to samo).

– Dzień dobry! – wtaczam się do zdeptanego już tyle razy gabinetu. Tego samego, w którym usłyszałam, że serce 5tygodniowej Nadii bije szybko, jak moje podczas sprintów. Tego samego, w którym zobaczyłam jej palec w buzi. I tego samego, w którym raz na miesiąc zastanawiałam się, co do jasnej ciasnej mają nie tak z tą wagą, że zawsze pokazuje kosmiczny wynik… – Skurcze mam, ale te nieregularne. Mówią, że za wcześnie… Doktorek rzuca mi ciepłe – jak nie on – spojrzenie zza okularów i dotyka brzucha. – Ooo. Jeszcze dzisiaj pani urodzi!

Wracam na izbę. Nie umiem siedzieć. Nie umiem chodzić. Nie umiem się niczym zająć. Skurczyska z nieregularnych zamieniają się w podręcznikowe. Ale ze mnie maszyna. 1,2,3,4,AUĆ,1,2,3,4,AUĆ. Mój mąż-informatyk z przejęciem wbija kolejne skurcze w aplikację do rodzenia dzieci, którą naprędce ściągnął.

Wnerwiona ponownie turlam się do recepcjonisty. – Proszę pana. Panikarą nie jestem i nie, żebym się znała, ale możliwe, że tu zaraz w poczekalni urodzę!! Podziałało. Wybiegł zza biurka. Po chwili na korytarz wychodzi lekarka i mnie woła. – Pani Natalia! Ufff, no nareszcie. Czas najwyższy! – Może pani wracać do domu! Yyyy. Słuchammm?! – Pani doktor. Ale jak do domu? Skurcze mam co 5 minut. Boli bardzo. I jestem prawie pewna, że rodzę! – Na KTG zero skurczy, ale skoro się pani upiera… W pompce mam jej zniecierpliwienie. Powoli idę za nią czując, że zwariuję z tego nieznieczulonego bólu. Nie minęło trzy minuty i oto zaczyna się mój serial amerykański, taki, jakiego od początku oczekiwałam, wiecie, taki, w którym kobieta rodzi w taksówce, wody płodowe odchodzą jej w miejscu publicznym, a dziecko pojawia się po 3 minutach teatralnego wrzasku przeplatanego dyskusjami z lekarzami.

– PANI RODZI! – No mówiłam przecież… – Nie, nie. Pani mi tu urodzi za godzinę, dwie, a sali nie mam żadnej wolnej! Gdzie mi tu pani chce urodzić?! (I don’t care, gdziekolwiek!!!). Jej panika zbija mnie z tropu. Oto ja, opuszczona na długie godziny w oczekiwaniu na uwagę, mam jej aż za dużo. Lekarka wydzwania tu i tam i widzę, że jej podniosłam ciśnienie. Wybiega na korytarz i woła mojego P. – Wy to już rodzicie, trzeba karetką do innego szpitala, tu nie ma jak! Czuję, że odlatuję. Ból jest parszywy. P. zabiera mnie, manatki i swoją komórkę z aplikacją do rodzenia dzieci, spragnioną kolejnych danych o skurczach.

Inny szpital. AUUUUUU. Papiery. Magiczna Walizka. Halo, to się dzieje! Tylko dlaczego czuję, jakbym straciła łączność z planetą ziemia? Przebieram się w czerwoną, koronkową koszulę, bo w końcu chciałoby się jakoś wyglądać na 1szym spotkaniu ze swoją juniorką…

Winda. Skurcze są co jakieś 4 minuty. – Chce pani znieczulenie? – TAK! Już mi sił brakuje kompletnie. Ratunku. – To proszę położnej powiedzieć. Powodzenia! – Dzień dobry, zgłaszam się do znieczulenia. – Pff ale to tak nie działa, że przychodzi do porodu i już by się znieczulała! Zostajemy z P. wprowadzeni do sali (tortur) i przez jeden, magiczny moment czuję się jak na wakacjach. Zamykają się drzwi. W przypływie obłąkania kręcę się po sali i rzucam do P. tekst, z którego drwi do dziś: – Ajj szkoda, że świeczek nie wzięliśmy. Już się robi ciemno, byłby klimat. Już-już mieliśmy odpalać muzykę z naszej playlisty, gdy się zaczęło na dobre.

Prawdopodobnie umieram! Somebody help me! P. biega między salą a dyżurką pielęgniarek. Głupie KTG nie kuma, że mam skurcze stulecia. Wykres jest płaski jak stół. Krzyczę, że to ściema. Położne nic sobie z tego nie robią. Przybiega jeden lekarz. Drugi. Trzeci!! Ludzie, co się dzieje?! Jestem unieruchomiona. Po prawej wanna, w której wyobrażałam sobie siebie, zanurzoną w wodzie, rodzącą z wdziękiem i luzem. Po lewej piłka i drabinki, do których nawet nie było mi dane podejść i przećwiczyć to, co tak ochoczo trenowaliśmy na szkole rodzenia.

Lekarz nr 3 majstruje przy kabelkach. Tadaaam. KTG ruszyło jak z kopyta. Moje skurcze z 0% podskakują do 120%, co uważam za nieporozumienie. Jest gorzej! Półsłówkami przypominam się ze znieczuleniem.

Sorry, mała, nie tym razem!

P. interweniuje po raz kolejny. Dr do niego: – Czy żona jeździ na nartach? – pyta, bo przypuszcza, że symulacja jazdy na nartach mogłaby ułatwić jazdę bez trzymanki, którą właśnie tu przechodzę. – NIE! ONA RODZI!

Jestem unieruchomiona jak jakaś wariatka w filmie o psychiatryku. Gdybym tylko mogła, przeklinałabym te pseudoćwiczenia, które miały mi pomóc lekko znieść to, co właśnie próbuję znieść JAKKOLWIEK. Ale nie przeklinam. Bo poważnie się martwię, że to mój koniec!

Dostaję gaz rozweselający, od którego nie jest mi ani ociupinkę weselej. Jest mi bardzo fatalnie i źle.

Błagam o cesarkę. Błagam o zimną colę. Błagam o koniec!

Od północy, tej w moim mieszkaniu, gdy potknęłam się o walizkę w przedpokoju, minęło wiele godzin.

Światła nagle więcej u wbiega lekarz z asystą. I maleńką wagą. Jest 21.30. Jest Nadia. Ma 2.9kg i płacze po zdrowemu. Ale jej to wychodzi! Z zaskoczeniem stwierdzam, że już nic mnie nie boli i wcale nie jestem po 2giej stronie.

Nie widzę jej, ale słyszę. Położna mówi, że ma symetryczne dołeczki w policzkach. Słodziak z niej będzie… P., oszołomiony, gdzieś tam się koło niej kręci… Ubranek szuka…za duże wszystko. Utopimy w nich naszego kruszka… Noc jest duszna, miejska. Okno nie chce wpuścić powietrza. Choć przed chwilą był zachód słońca to dla nas jakby dopiero wschód.. ♥

3 wyświetlenia

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

KOLORY COLORADO #11. Ciąża w USA.

Dziki Zachód czy american dream? Kolejna odsłona amerykańskiej rzeczywistości. Tym razem będzie lekko bezwstydnie, bo zabieram Was po gabinetach, szpitalach i, o zgrozo, do wnętrza koperty z rachunkie

Comments


bottom of page