top of page

DZIECI, KTÓRE SĄ FAJNE TYLKO W TEORII I W FILMACH

Gdy byłam mała, chciałam mieć psa. Oryginalnie, jak 99% dzieci. Upierałam się na niego niesamowicie. Był i szantaż, i łzy, i podrobiony list od ówczesnego prezydenta.

Rodzice mówili wtedy: „pies jest fajny, ale u kogoś”. Jak oni nie rozumieli mojego rozdartego serca…!

…i jak zwykle mieli rację. Mój słomiany zapał nie wróżył nic dobrego. Nie byłabym dla tego stworzenia zbyt dobrą panią.

Od tego czasu minęło 20 lat. Wpadłam w wiek, gdy dzieci chwytają za serce bardziej niż psy. Dopadł mnie instynkt macierzyński. Wow, czyli jednak istnieje! Dorwał znienacka, a w tej dziedzinie byłam naprawdę oporną materią.

Od tej pory biorę udział w wielkim eksperymencie socjologicznym. Królik to rzecz jasna ja.

Faza 1 – przed ciążą, ale już pod wpływem instynktu. Totalna idealizacja dzieci i macierzyństwa.

Faza 2 – ciąża. W głowie same pozytywne myśli, choć im dalej w las i im więcej kg widziałam na wadze, tym bardziej rzedła mi mina.

Faza 3 – N. jest na świecie i od pierwszego dnia staje się dla mnie jasne, że nie będzie jak w kolorowych poradnikach, filmikach Zawitkowskiego i reklamach pampersów. Pasy zapięte? To JEDZIEMY!

I tak jak z tym psem…zobaczyłam drugą stronę medalu. Wiem już, ze są typy dzieci, które wydają się być cudowne, dopóki nie trafi nam się taki egzemplarz. A z nim zaskoczenie. Bo przecież u kogoś zdawało się być takie fajne!

TYP 1: ŻYWE SREBRO

Obstawiałam, że N. będzie chłopcem, bo wraz z dwiema kreskami na teście pojawiły się marzenia o takim-przecież-nie-fit kebabie. Wyobrażałam sobie małego, słodkiego łobuziaka. Takiego z błyskiem oku. Indywidualistę, który będzie mi zwiewał w centrum handlowym i zamiast snu zawsze wybierze figlowanie. Ruchliwego, wszędobylskiego szkodnika.

No bo czy takie dzieci, patrząc z boku, nie są urocze?

Jasne, ale u kogoś tak jakby bardziej!

No i mam. Żywe srebro to perpetuum mobile. Gdy jest zmęczone, nakręca się podwójnie. Wie, czego chce i wie, jak sprawić, żeby inni mu dogadzali. A już najlepiej wie, czego NIE chce! Półśrodków nie uznaje. Jak się budzić, to z impetem. Jak zasypiać, to z głośnym protestem. Jak się złościć, to…lepiej od razu zrobić prawdziwy DYM.

Na mieście czy w towarzystwie nieco się temperuje. Zbiera uśmiechy od obcych, których z wdziękiem zaczepia. A gdy poczuje się swobodnie, zaczyna broić. Ale zaraz dorzuci do tego słodki uśmiech i figlarne spojrzenie. Bo jak robić sobie PR, to profesjonalnie!

TYP 2: SMAKOSZ

„Jak pięknie je!”, „Ciesz się, że ma apetyt”. Takie słowa to codzienność dla rodzica smakosza. („Smakosz” to dla mnie dyplomatyczne określenie małego łakomczucha).

Coś o tym wiem. Moja mała od 6 miesiąca była hartowana metodą BLW. Klamka zapadła, gdy przeczytałam książkę „BLW czyli jak nie wychować niejadka”. Powiem jedno – to DZIAŁA! N. mogłaby startować w konkursie na jedzenie banana na czas. Buraki wsuwa jak jabłka. Ale gdy zaczęła jeść podwójne porcje w żłóbku… i podbierać przekąski z szafek… zaczęłam rozumieć, że to kolejny typ, który fajny wydaje się być tylko z daleka.

Odmówić lekko nie jest. Kuchni nie opróżnisz, a głodne dziecko to sprytne dziecko i swoje wywęszy. Rozpaczliwych próśb o „am” też przecież zignorować nie można… nawet, gdy zdarzają się absurdalnie często. Jesteś rozdarta. Z jednej strony jasne, fajnie, że nie niejadek. Z drugiej – przecież nie chcesz rozepchać tego małego brzuszka… Wszędzie bębnią o nawykach i normach ilościowych. O umiarze. A potem, dla zmyłki, o wsłuchaniu się w dziecko. Bo ono wie dokładnie, czego chce i potrzebuje i sobie to swoim „am” wyprosi. I to w dużych ilościach.

Dziadkowie zachwyceni, znajomi pod wrażeniem, a Ty… spięta wizją, że niedługo będziesz miała małego pulpeta. A taki to, jak wiadomo, najlepszy jest u kogoś!

TYP(Y) 3: BLIŹNIAKI.

Marzyły mi się! Na dodatek moja babcia miała parkę. Nakręciłam się, że jest szansa. Dwoje i koniec tematu: jedna ciąża, jeden poród, a na dodatek  będzie między nimi ta magiczna więź, o której mówią w reportażach. No i czy bliźniaki nie są słodkie?

Poznałam kilka małżeństw, które dorobiły się parki. Łączyło je jedno – poza ilością dzieci rzecz jasna – na mój tekst typu „bliźniaki, wow, super” reagowały miną pt. „nie wiesz o czym mówisz, kobieto”. Ich opowieści też były to siebie podobne.

Bliźniaki to jazda bez trzymanki. Nawet, gdy trafią się spokojne egzemplarze (chociaż ja o takich jeszcze nie słyszałam. Zawsze któreś rządzi albo chcą rządzić oboje). Jedzą na zakładkę i śpią na zakładkę – źle, bo nie masz ani chwili dla siebie. Chcą jeść jednocześnie i zasypiać jednocześnie – też źle, bo masz dwie ręce do obsłużenia dwóch par rączek i nóżek w tym samym czasie.

Na zewnątrz zawsze mówi się o „podwójnym szczęściu”. A tymczasem tuż obok tego szczęścia (niepodważalnego!) kryje się podwójny hardcore!

Może lepiej, że N. nie ma dubla…

*

Na tej trójce wyhamuję. Skąd temat? Planowałam pisać zupełnie o czymś innym, ale…  miałam taką krótką rozmowę:

„Ta twoja mała to taki łobuziak chyba, widać po oczach” „Serio? No to ją zdradzają…” „Lubię takie dzieci. Najbardziej. No super są!” „Wiesz, że ja kiedyś też tak myślałam?” 🙂

Po pierwsze: uważaj, o czym marzysz, bo może się spełnić 🙂 Po drugie: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Po trzecie: matka i tak zawsze da radę.

A po ostatnie: macierzyństwo ma swoją ciemną stronę i o niej można czasem po prostu napisać, a co.

…aha, ale żeby nie było.

Niezależnie, czy ma się łobuziaka, bliźniaki czy żarłoka – i tak nie zmieniłoby się ich na “łatwiejsze” modele.  Pokrętne, ale prawdziwe. Kwintesencja bycia rodzicem. Amen. 

/foto: www.thegloss.com

2 wyświetlenia

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

KOLORY COLORADO #11. Ciąża w USA.

Dziki Zachód czy american dream? Kolejna odsłona amerykańskiej rzeczywistości. Tym razem będzie lekko bezwstydnie, bo zabieram Was po gabinetach, szpitalach i, o zgrozo, do wnętrza koperty z rachunkie

Comentarios


bottom of page