top of page

DETOKS. Czy naprawdę będziesz po tym latać?

Była 22 i stałam na wycieraczce od bitej godziny. Na zmianę przyciskałam dzwonek, dobijałam się do drzwi i możliwe, że przeklęłam pod nosem. Nie miałam kluczy, zdechł mi telefon, nikt nie otwierał. W końcu przelazłam w szpilkach przez płot i zaatakowałam okno. Gdy mój mąż, wyrwany ze snu, nareszcie otworzył drzwi, byłam już po 150 stronach książki o alkalicznym odżywianiu. „Cześć, robimy detoks!” – oznajmiłam mu na powitanie i wparowałam do środka.

Opierałam się idei detoksu wiele lat. Dlaczego? Bo jest pełen ograniczeń, a ja zepsułam swoją głowę dawno temu. Tak dietetycznie. Buntowała się, a ja cisnęłam: „jedzmy 500kcal!”, „jedzmy tylko białko!”, „lepiej nie jedzmy nic!”. I choć właśnie od takiego Jedzeniowego Dna rozpoczęła się moja zdrowa droga, ona – ta głowa – nigdy mi tego nie zapomni. Nie pojmuje, dlaczego miałybyśmy wykluczać jakieś zdrowe produkty tylko w imię mojego kolejnego eksperymentu.

Jednak godzina sterczenia na wycieraczce z pustym brzuchem potrafi człowieka popchnąć do pewnych decyzji. Przeczytałam o zbawiennych skutkach oczyszczania: zastrzyku energii, poprawieniu stanu cery, zaleczaniu dolegliwości, które biorą się nam nie-wiadomo-skąd. Gdyby się tak teraz zastanowić – nie mam problemu z żadną z tych rzeczy, ale co tam – JEDZIEMY! Zależało mi, żeby mieć siłę na treningi, więc od razu zrezygnowałam z diety dr Dąbrowskiej (warzywno-owocowej) i wybrałam wersję lżejszą, detoks jaglano-warzywny. Mocno w niego wierzyłam.

Mój mąż niekoniecznie.

– A orzechy chociaż można? – No nie, czy orzechy to kasza jaglana albo warzywo? – Może banana? – Nieeestety. – Głodny jestem. Co dodać do tych warzyw? – Damy jaglaną! – Aha. Znowu?

ŻYCIE NA DETOKSIE

Możesz je mieć w kilku odmianach: 1. Detoks jaglano-warzywny czyli wersja najłatwiejsza, gdzie dozwolone są określone warzywa i owoce (odpadają oczywiście te najbardziej sycące – strączki, banany etc.), można za to jeść małą ilość tłuszczy NNKT, np. dodać trochę oliwy do sałatki

2. Dieta dr Dąbrowskiej – detoks warzywno-owocowy – z dużo bardziej ograniczoną listą produktów. Żegnaj, oleju lniany. Żegnajcie, banany, pupilki biegaczy.

3. Detoks sokowy – robi się jeszcze ambitniej. Kaloryczność znów spada, a wszystkie „posiłki” przyjmuje się w formie płynnej.

4. Głodówka wodna – hardcore. Choć przyznaję, że całkiem nieświadomie przechodziłam ją w czasach, gdy walczyłam z zaburzeniami odżywiania i to prawda, że po pierwszym kryzysie odechciewa się jedzenia na długo…

 
 

Przed rozpoczęciem oczyszczania robi się wstęp. Z książki „Alkaliczny detoks” dowiedziałam się, że powinien on w naszym przypadku trwać min. tydzień – bez m.in. mięsa, napojów gazowanych, kawy i przetworzonych produktów. OK, zwykle tego nie jemy, więc fazę przygotowania właściwie pominęliśmy i wcisnęliśmy detoks między jedno a drugie wydarzenie, gdzie musieliśmy – chcieliśmy – jeść normalnie. Mój maraton, wyjazd za granicę, komunia itd.

Codziennie gotowałam coś innego, a dzień zaczynałam od pudełkowania i kilkuminutowego instruktażu dla P. Kasza jaglana z różnymi miksami, sałatki, koktajle, warzywa do podjadania na chwile kryzysu. Pożegnałam się chwilowo z ulubionymi królewskimi śniadaniami: płatkami owsianymi, masłem orzechowym, omletami, syropem klonowym, mmm… Ta tęsknota miała podobno minąć z czasem. To znaczy, że albo jestem oporna, albo coś zrobiłam nie tak – nie minęła! Tęskniłam codziennie.

Poprawny, przykładowy rozkład jazdy:

Po przebudzeniu – 2 szklanki ciepłej wody (można dodać plasterek cytryny) ok. 7:30 – kleik z siemienia lnianego 7.30-9.00 – śniadanie 11.00-12:30 – 2 szklanki (lub więcej) ciepłej wody lub herbaty ziołowe 13:00-15:00 – obiad 17:00-18:30 – 2 szklanki (lub więcej) ciepłej wody lub herbaty ziołowe 19:00 – kolacja*

W międzyczasie można było zaserwować sobie warzywną przekąskę i od razu mówię, że tak robiłam – byłam po prostu głodna. Gdy miałam trening o 18.00, byłam już SUPER-głodna od obiadu zjedzonego ok 13:30; a kiedy biegałam o 21.00 chciałam jeszcze cokolwiek wsunąć po powrocie.

WALCZYLIŚMY

Mój mąż po początkowym okresie rezygnacji zaparł się. Gdy miałam kryzys, on stał murem. Zaczęliśmy, to skończymy!

Choć wybraliśmy wersję najłatwiejszą i naprawdę jemy na co dzień dużo warzyw, było nam ciężko.

Robiąc posiłki dla małej N… Nie mogąc dodać wielu naszych ulubionych (żeby nie było – zdrowych) produktów… Musząc się sporo ograniczać…

Po dwóch dniach rozpoczął się u mnie klasyczny ból głowy, który trzymał kolejne trzy. Żeby było trudniej, czwartego dnia wyjeżdżałam nocą na dwa dni do Zakopanego na konferencję, gdzie serwowano oczywiście pyszne jedzenie i napoje dla dorosłych 😉

– Pani to już widzę na majówkę jedzie! Ale pani tu napakowała do tej walizki, ciężka! – stwierdził kierowca taksówki, gdy podniósł mój bagaż. – A nie, nie. Na dwa dni tylko. Cisza. Eh, te kobiety i ich pakowanie…

A ja tę walizkę przykładnie wypełniłam pudełkami dużymi i małymi oraz produktami awaryjnymi na Wszelki Wypadek. Nie pytajcie, jaką miałam minę, gdy się okazało, że w pokojach hotelowych nie ma lodówki 😉

Przetrwałam, ku własnemu zdziwieniu. Na swoich, niepodgrzanych zapasach i (mniammm!!!) gotowanych kalafiorach, które dorwałam w hotelowej restauracji. Zrobiłam dwa biegowe treningi i dało się, jakoś szło.

Napad optymizmu? Miałam, ale to u mnie normalne nawet bez detoksu, lecę jak po sinusoidzie. Ale nie powiem, żebym była superszczęśliwa, gdy jadłam suchą kaszę  i zimne brokuły w centrum handlowym czekając na pociąg

JEŚLI SZUKASZ ARGUMENTÓW „ZA”…

…to trochę Ci ich dam. Przede wszystkim rośnie kreatywność kulinarna. Kiedyś zapłakałbyś na widok jarmużu, buraków i światła w lodówce, a na detoksie widzisz całkiem nowe możliwości. Pomysły na przepisy wpadają Ci do głowy jak w finale Masterchefa. Co dalej? Bardziej docenia się produkty i dba o ich dobór. To też solidny test charakteru i wytrwałości. I próba psychiki – o niebo lepsze jest myślenie o tym, co MOŻNA jeść, zamiast o tym, co zakazane. Choć nie powiem, wizyta u mamy, która robi mi od zawsze boskie, puszyste omlety była dla mnie supertrudna. Powiedziałabym, że śniły mi się po nocy gdyby nie to, że ograniczyłam sen do minimum, żeby móc zjeść więcej marchewek 😉 Detoks pomaga też ustawić regularność posiłków i uregulować dietę. Choćby na trochę, bo – powiedzmy sobie szczerze – w 10 czy 14 dni nie wyhoduje się nawyku. Ale coś tam zakiełkuje.


A IDŹ MI Z TYM DETOKSEM!

To teraz będzie pożywka dla sceptyków i tych, co gardzą „jedzeniowymi dziwactwami”. Co się może w detoksie nie podobać?

Nie daje zbyt wielu rozkoszy dla podniebienia. Podejrzewam, że tu duże znaczenie ma kulinarna fantazja, której widać mam jeszcze niewystarczająco. Urozmaicałam. Mieszałam, co mogłam, aż przyszedł dzień, gdy opadłam na fotel i uznałam, że jeszcze jedna łyżka kaszy, a zaleję się łzami. Gdy teraz tak o tym myślę – może takie chlipanie też miałoby efekt oczyszczający?! Może źle zrobiłam, że zadowoliłam się setnym słupkiem z papryki?

Uwielbiam warzywa i pochłaniam ich dużo, ale jednak ta ascetyczna forma trochę mi – NAM – nie leżała. A już zwłaszcza, gdy poszliśmy do kina z…własnym pudełkiem cukinii. Świat stanął na głowie. Pomyśleć, że dawno temu przemycało się w plecaku wino, ewentualnie home-made popcorn, a tutaj takie szaleństwo, cukiniowa adrenalina…

Samopoczucie siada. Na szczęście falami, więc przy odrobinie szczęścia można sobie tę zabawę wpleść między normalną pracę. Ból głowy bywa okrutny. Mija.

Trzeba się też nagimnastykować. Nagle spotkania rodzinne i wyjazdy robią się niezłym przedsięwzięciem kulinarnym. Podejrzewam, że najlepiej byłoby spędzić ten czas w domu lub jego bezpiecznym promieniu, ale poniosło mnie do Zakopanego, a potem na Śląsk, Dolny Śląsk i prawie do Norwegii, lecz zgodnie zakończyliśmy nasz detoks dzień przed, żeby móc wsunąć jakiegoś łososia.

Zgłodniejesz na trasie? Ciężko. Na stacji benzynowej kupisz co najwyżej sok pomidorowy. Pójdziesz do restauracji? Ciężko. Skończyło się u mnie dwa razy na kaszy z brokułami i kalafiorem. Zaprosisz znajomych? Nieee. Nie zapraszaj znajomych. Wyjeżdżasz? Pudełka jadą z tobą, nie ma zmiłuj.

Jak przetrwać wyjazdy, spotkania i wyjścia? Odpuścić je wszystkie. Nawet, jeśli się nie złamiesz, niepotrzebnie dasz sygnał swojej głowie: „O! Ktoś tu jest pokrzywdzony!”. A to też nie do końca tak, prawda?

DOWÓD, PROSZĘ

Czy to działa? Sama się nad tym głowię. Kiepski ze mnie przypadek, bo nic mnie wcześniej nie bolało, a energii mam zwykle wręcz w nadmiarze. Efekty uboczne? Miałam. Jeden, niestety negatywny, został mi do teraz i nie wiem, czy to zbieg okoliczności, czy może w tym codziennym ferworze nie doczytałam jakiejś strony książki i wszystko namieszałam.

Latania nie było. Może takie cuda to tylko na dr Dąbrowskiej lub głodówkach?

Jedno jest za to pewne. W tego typu eksperymentach najważniejsze jest nie tyle to, jak działa na Ciebie detoks, ale to, jak WIERZYSZ, że działa. Nie zamykam tych drzwi. Jeszcze może kiedyś tu wrócę, bo nie trzeba być po ekonometrii (choć jestem), coby wiedzieć, że wnioski oparte na jednej próbie to lamerstwo.

A ja lamerem detoksu być nie chcę, cototonie. Póki co zmieniam status na „sceptyka” i wyznaję Ci to nocą, w drodze na półmaratoński weekend, jedząc zdecydowanie zbyt pyszne (home-made!) ciasteczko na zdecydowanie zbyt wyboistej drodze.

Co o tym myślisz? Próbowałeś? Masz ochotę? Wierzysz w te detoksy, czy nie bardzo?

 

Wiedzę w temacie znajdziesz m.in.:

– „Alkaliczny detoks” Beata Sokołowska www.alkalicznystylzycia.com www.ewadabrowska.pl

* źródło zestawienia: książka „Alkaliczny detoks” B. Sadowska

2 wyświetlenia

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

WYSZŁAM NA MIASTO, a tam życie

….w pępku Wwy. Sobie tętni. Idę środkiem, jak w bańce, jak w bajce, niewidzialna. Adidasy nie brzmią na tym zgrzanym chodniku, jak powinny, nie ma stuk-stuk-stukstukstuk. W tej trattorii na rogu włosk

Comments


bottom of page