top of page

“Begamy w wózku, dobla?” czyli PÓŁMARATON BIAŁYSTOK i my dwie

Mąż mi świadkiem, jak wielką byłam zołzą dzień przed pierwszym półmaratonem z małą w wózku. „Po co to w ogóle robisz, skoro tak się spinasz?”. Wybacz kochanie, ale WŁAŚNIE po to! Tym razem było jednak bez napinki. Duże miasto i tłumy na expo zamieniłam na zaciszną miejscówkę pod puszczą, z której wyrwałam się w ostatniej chwili po pakiet. Przy okazji chciałam kupić żele i nie wiem, co było dla mnie większym zaskoczeniem – czy brak expo, gdzie mogłabym je zdobyć czy fakt, że absolutnie mi to nie przeszkadzało 🙂

To był drugi, oficjalny półmaraton, który przebiegłam ze swoją córką w wózku. Różnił się od 1szego praktycznie wszystkim. Wtedy czekałam na starcie już godzinę przed, z walącym sercem. Miałam całkiem realistyczną wizję sprintu między innymi biegaczami z krzyczącą wniebogłosy N.

Jak widać luz przychodzi z wiekiem 🙂

Nie przejęłam się więc nieudanymi próbami wypożyczenia wózka typowego na długie dystanse (blokowane, duże przednie koło, mniejsza waga). Wystartowałam więc z moim poczciwym Baby Joggerem o słusznej wadze i grubych oponach. + 27 kilogramów przez 21 km 🙂

Nie przejmowałam się też, czy księżniczka N. zechce mi towarzyszyć. Sprawa była prosta: chce – to lecimy razem i próbujemy zejść poniżej 1h50min. Nie chce – lecę sama i celuję w 1h38min.

Nie przejmowałam się też chmurami, deszczem i podmuchami wiatru, które pokazywała pogoda.onet.pl (i, skubana, miała rację).

I, koniec końców, nie przejmowałam się dystansem. Może to ignoranckie, ale po maratonie zrozumiałam, że im dalej w las, tym mi lepiej. Dlatego te 21km, które rok temu wydawały mi się naprawdę trudne do pokonania z wózkiem, stały się nagle…przystępne. Krótkie. Łatwe!

SOBOTA NA WSI

Półmaraton Białystok. Jeśli zastanawiasz się, czy warto go pobiec…po prostu to zrób 🙂

Ten bieg ma krótką tradycję, ale należy do największych na wschodzie Polski. Przygotowany profesjonalnie i z wielkim sercem. Gdy krążyłam w sobotę po mieście, co rusz słyszałam o imprezie od przechodniów. Na ekranach autobusów wyświetlało się: „Witamy biegaczy!”. Czułam się tam autentycznie mile widziana 🙂 Polecam opcję, którą sami wybraliśmy – weekend na agroturystyce w pobliskim Supraślu + niedziela w Białymstoku. Nie przypuszczałam, że do szczęścia wystarczy nam świeże powietrze, spacer w deszczu po swojskie masło i twaróg i łażenie godzinami po lesie (Silvarium!).


Silvarium – leśna perełka 🙂


Sobota była zdecydowanie beztroska. Nie przejmowałam się ani odpoczynkiem (robiliśmy kilometry po lesie), ani jedzeniem (kartacze! babka ziemniaczana! szarlotka z lodami!), ani biegiem 🙂

NIEDZIELA W MIEŚCIE

Choć słońce wdarło się nam do pokoju, mała śpi, wymęczona sobotnimi wariactwami. Wcześnie. Budzę ją. Zrywa się na równe nogi, gotowa do akcji. „Spacel? Buty? Husiu husiu mama, dobla?” Pytam ją: „Biegniesz dzisiaj z mamą?” Ona na to, jakby wszystko rozumiała: „W wózku!”

Tak też się nastawiłam 🙂

Niewiele później naszą rezerwę czasu tradycyjnie trafił szlag. Już w Bialymstoku, po wielu ślepych uliczkach i kilku przekleństwach, udało nam się nareszcie zaparkować. Pierwsze wrażenie: wieje!! Drugie: zimno!! Trzecie: o matko, gdzie ja popakowałam te wszystkie majdany na drogę?

Dziesięć minut przed startem docieramy na miejsce. Nie ma szans, żebym weszła do swojej strefy. O rozgrzewce też mogę zapomnieć. W pośpiechu wypycham wózek różnymi przekąskami. Plan był prosty: daję małej butlę ciepłego mleka i liczę na to, że zadziała zmęczenie dniem wczorajszym.

za mną – tłum, w który nie ma sensu się już wciskać…


Ha-ha.

Planu B nie było. N ma problem, żeby usiedzieć w miejscu 5 minut oglądając bajkę. Wizja mojej córy czekającej spokojnie w wózku, aż mama skończy półmaraton wydawała mi się kosmosem i szykowałam się psychicznie na ewakuację z trasy.

Nawet jeśli, to co z tego?!

Z takimi luźnymi myślami dołączyłam do pozostałych biegaczy i zaczęłam powoli dreptać w tłumie. Powoooooli. W TŁUMIE!

Nasz bieg był połączony z drugim, na 5km. Możesz sobie wyobrazić, jak pseudoprzyjemne było lawirowanie między innymi biegaczami, próbując jednocześnie nie szarpać tempa i nie przeszkodzić nikomu swoim pojazdem.

Do tego wiatr. Słońce. Momentalnie zachciało mi się pić. Uuu, niedobrze! Biegłam nierówno. Nie umiałam złapać rytmu.

Nie podobało mi się! Nie minęły 3 kilometry, a usłyszałam niepocieszony głosik z wózka. Mój dotychczasowy luz zmienił się w niezłą spinkę, bo teraz już CHCIAŁAM skończyć ten bieg tak, jak go zaczęłam – we dwie.

Uruchomiłam więc mój mini bufet. N zajęła się powolną konsumpcją i zwiedzaniem miasta. Odsłoniłam jej budkę – wiedziałam już wtedy, że ze spania nici. OK, spróbujemy zrobić to inaczej…

Ten doping! Wow, Białystok! Zaczepiało nas tyle osób, że negatywne myśli uleciały. Gdzieś na 8 km wyrzuciłam z głowy nerwowe refleksje i zdecydowałam, że najwyższy czas przyspieszyć. Biegłam znów na oko. Zegarek pełnił funkcję czysto dekoracyjną 🙂

Zaczęliśmy odbiegać od centrum. Dziewczyna koło mnie zapowiedziała, że teraz będzie monotonnie, trudny odcinek. Dla mnie okazał się bardzo przyjemny. Zrobiło się zielono, droga prosta, na dodatek przedzielona na pół tak, że mijaliśmy się z szybszymi biegaczami. To mnie zdopingowało i postanowiłam przestać już namulać 🙂 Wzięłam się za wyprzedzanie. Zebrałyśmy motywujący doping od drużyny na biegnącej na 2:00 i poleciałyśmy dalej.

Zielono. Uroczo. Przebiegliśmy przez dziedziniec uniwerku. W takim miejscu aż chciałoby się studiować… Biegniemy. Mała rozśpiewała się na dobre. Leci z repertuarem: „Mydło wszystko umyje”, „Ogórek” i „Pszczółka Maja”. Rozbawiamy tym niejedną osobę 🙂

13km. Uświadamiam sobie, że nie jadłam nic po drodze i ostrożnie próbuję jedynego żelu, który udało mi się upolować dzień wcześniej. Jest tak paskudny, że rezygnuję. Trudno. Przecież nie lecę na żaden wynik, więc niech będzie o samej wodzie.

N. krzyczy nakręcona: „Mama!! BALONY!!” (i powtarza to z kilkadziesiąt razy 😀 ). Są, 1:55, powoli się do nich zbliżamy, wyprzedzamy. Czuję się coraz lepiej. Jest mi naprawdę lekko. Ładuję się też pozytywną energią na trasie, głównie przez komentarze od mijanych osób. Przegląd jest szeroki, od „o k***”, przez „jak ma na imię” po „czy mogę się dosiąść” 🙂

Robi się sporo pagórków. Od 15km trzymamy już cały czas ok. 4:50min/km, a ja czuję się coraz lepiej i autentycznie mi szkoda, że to już niedługo. Maraton zaburzył mi perspektywę i sprawił, że półmaraton wydaje się przykrótki…:)


Finisz po kostce w sam raz pod wózek 🙂 fot. fotomaraton.pl


Finisz to długa prosta na kilkaset metrów, cała w kostce brukowej. Skutecznie nas ona spowalnia, wchodzimy ponad 5min/km. Choć siły są, mocno zwalniam, żeby nie wytrząść za bardzo mojej ultracierpliwej córki.

W życiu bym nie pomyślała, że użyję słowa „cierpliwa” i „córka” w tym samym zdaniu!!

Mamy metę. JUŻ? Tak po prostu?? Ciężko mi w to uwierzyć. Nie dociera do mnie, że N. usiedziała tyle czasu bez żadnego protestu ani nawet chwili zniecierpliwienia. Kto mi podmienił dziecko?! Od dłuższego czasu biegam z nią tylko w porze drzemki, nie ma szans, żeby wybrała siedzenie bez ruchu, gdy może biegać i szaleć.

Ta moja dwulatka kolejny raz wprowadza mnie w szczere osłupienie 🙂

Zamieniam kilka słów z dwoma biegaczami, których wyprzedziłam, żeby chwilę później, pod górkę, oni wyprzedzili mnie. Prawdziwi gentlemani, po chwili jeden z nich przychodzi z kocem termicznym. Te wszystkie drobnostki: szczerze przejęci kibice, serdeczni biegacze, uroczysta atmosfera tworzą świetny miks, dla którego WARTO tu przyjechać!


śpiworek Coverover sprawdził się na medal 🙂


Po slalomie między innymi biegaczami wyłapuje mnie z tłumu Przemek z biegamzwozkiem.pl, którego totalnie pojechane poczynania na bieżąco śledzę 🙂 Przy okazji mogę mu podziękować za polecenie samych podlaskich perełek i pogratulować fantastycznego biegu – 1:23min Z WÓZKIEM! Moja mała N. nie miała szans na złoto na białostockiej ziemi przy takim wyniku!

Po chwili namierza nas mój P. Dostaję bukiet kwiatów i smsa z czasem 1:51, który na moment psuje mój nastrój. Ale tylko do momentu, gdy uświadamiam sobie, że to nie ma żadnego znaczenia, a jeszcze rok temu biegłam z małą N. ten sam dystans w 2h16min!

Kalorie uzupełniam szybciej, niż je spaliłam tradycyjnymi kartaczami (takie tutejsze kluchy) i porcją lodów.

Patrząc, jak mała piszczy, biega, skacze, śpiewa, czołga się, gada i kręci się w kółko nie mogę oprzeć się wrażeniu, że na czas biegu najwidoczniej podmieniono mi dziecko 🙂

Wyjeżdżamy genialnie wypoczęci i pozytywnie naładowani. Koduję sobie to uczucie w głowie. Bo kolejny raz przekonałam się, że „trudne” to tylko stan umysłu.

Rok temu wymyśliłam sobie, że pobiegnę połówkę z małą w wózku i miałam wrażenie, że to naprawdę COŚ. Wymagające, wyjątkowe… Sama na sobie zrobiłam wrażenie tym pomysłem 😀

Teraz było inaczej. Bez syndromu „złej baletnicy”. Nie taki wózek? Nie szkodzi! Nie taka pogoda? Nie szkodzi! Nie ta strefa startowa? Nie szkodzi!

Po-zy-tyw-nie.

Jeśli zastanawiasz się, po co w ogóle biegać z wózkiem, to ja Ci odpowiem, że WŁAŚNIE DLATEGO!

Dla tego uczucia, że masz siłę, choć powinieneś być zmęczony. …że wymówkę wymieniłeś na działanie. …że być może dodałeś sił komuś, kto już ich nie miał, póki nie zawołałeś: już niedługo, trzymaj się mnie! …że być może kogoś zainspirowałeś pokazując, że mogło być przecież ciężej 🙂

Strasznie banalne jest to, co piszę. Ale bieganie takie właśnie jest. Banalne, dziecinnie proste.

I mała N., która biega z mamą w wózku od 6 miesiąca życia, coś o tym wie 🙂

„Begamy, mama? Naja w wózku, dobla?”

2 wyświetlenia

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Comments


bottom of page