top of page

Żyćko po drugiej stronie kontuzji

Daję mu płytkę z rezonansu. Wzdycha: „ehh, czy pani nie może już tej nogi mieć zdrowej?”. 4 x USG, 2 x rezonans, 1 x tomografia, kilkadziesiąt zabiegów, beton. Kuśtykam. Już przywykłam, że krzyczę do uciekających dzieci: „stooooop, bo nie mogę was gonić”. Garmin, rozładowany, miesiącami kibluje w szufladzie w pudełku z kolczykami. Ludzie łapią kontuzje. Wiedziałam, że kiedyś złapię też. Ale lata mijały – a nawet lat 20 – i omijałam te wszystkie tendinopatie, shin splintsy i inne przeciążenia gibkim krokiem. To jest to uczucie, gdy czytacie jakiś onet i widzicie, że komuś zdarzyło się coś strasznego, ale nie wyobrażacie sobie, by mogło też złapać Was. I ja się rozbestwiłam w tej bezkontuzyjności. Choć nigdy nie miałam skarpet kompresyjnych za 200 zł+, mój pseudo-szpagat to numer popisowy, którym rozbawiam przedszkolaki, a od lat biegam w tych samych bostonach i wymieniam je tylko na wyższe modele – moje nogi miały się OK i dzielnie mnie niosły przez te +/- 30 000 kilometrów w biegu, a gdyby dodać do tego spacery, to już spokojnie pokonałam równik i cisnę drugie okrążenie. Aż dostałam bana i się skontuzjowałam. Bez żółtej kartki, nawet bez czerwonej; skreśliło mnie po prostu z grona aktywnych biegaczy na 8 miesięcy. Po raz trzeci w życiu, bo dwa pierwsze to były ciąże. Dostałam combo: przewlekłe zapalenie rozcięgna i złamanie zmęczeniowe. Zmiotło mnie z biegowych ścieżek na amen, a ja robiłam kilometry, ale od orto do orto, od fizjo do fizjo. Gdy to piszę, wracam. Ostrożnie. Moja prawa noga jest, poza mózgiem, najważniejszą częscią mojego ciała, które otaczam obsesyjną wręcz opieką :P Mam za sobą pierwsze dyszki i stopa, choć sztywna i nieswoja, raczej nie boli. CO ROBIŁAM ŹLE? Otóż nie wiem i to mnie boli najbardziej. Mam za sobą wiele mocnych lat i rozumiałabym, gdyby ta noga zastrajkowała, gdy byłam w ferworze nabijania dziesiątek kilometrów, w środku biegowej obsesji, gdy wolałam o północy iść biegać, niż spać (o tym Wam jeszcze kiedyś szczerze opowiem). A prawda jest taka, że latem pobiegłam 55 km w górach i to był mój ostatni start przed kontuzją. Potem robiłam sobie 5-8 km, rekreacyjnie. Te 2-3 razy w tygodniu wyciągałam matę i się wzmacniałam. Może zmiana butów. Może ganianie za Joy po krzywych polno-leśnych ścieżkach bez biegowych butów. Może wiek, pech, 3 kg na plusie, które do mnie przylgnęły, odkąd mniej trenuję. Może. CO MI TA KONTUZJA DAŁA?

Załamkę i wdzięczność. Bieganie to nie jest moje „hobby”, to jestem JA, część tożsamości po prostu.

Miałam max. 10 lat, kiedy wyszłam z kuzynem z delfinarium z gumowymi delfinami pod pachą, na które naciągnęliśmy rodziców, i on mi mówi: „wiesz, co to sprint?”. Jeszcze nie wiedziałam, ale pamiętam, jak się ścigaliśmy potem po włoskich uliczkach i to uczucie, że sprint jest dobry, przyjemny, że lubię ten sprint i nic mi się od tamtej pory nie zmieniło. Urosłam lubiąc to i robiąc to.


Kiedy więc biegasz 20 lat, a nagle nie możesz i masz tylko chodzić, to boli. Czułam się niedotleniona. Nauczyłam się w końcu ładnie oddychać „żebrami”, głęboko, a motywowały mnie moje biedne oskrzeliki, do których nie docierał tlen, bez biegania część mnie się dusiła i choćbym spociła się na trenażerze tak, że stałby w kałuży potu, choćbym cisnęła dywanówki do rozedrgania, to to NIE JEST to.


Kontuzja dała mi złość, frustrację, smutek i rozżalenie, a jednocześnie umiałam to wszystko jakoś zdeponować i być kontuzjowana z godnością, bez histerii i dram.


Jestem 100% pewna, że spacery z Joy uratowały mnie przed gigaspadkiem nastroju, gdy nie mogłam biegać.

Dała mi też absolutną euforię, że znów biegnę. Wszystko czuję teraz mocniej. Jestem wkurzającą Polyanną, która wraca z biegania z obłąkańczym uśmiechem i nadzieją, że ten bieg to nie był ostatni, a moja noga udźwignie mój ulubiony styl życia.


JAK BIEGAĆ BEZ KONTUZJI?



Nie sądzę, żebyśmy mieli nad tym pełną kontrolę. Czasem rzeczy się dzieją w tle, a my nie mamy o nich pojęcia. Udeptujemy kilometry tą samą techniką. Robimy mikrobłędy, za które płacimy z wielomiesięcznym odroczeniem. 


Na pewno powiedziałabym:


1. Nie rozbieguj bólu. Jak boli, to idź do fizjo, niech dotknie, rozmasuje, nakłuje.


2. Nie zamykaj się tylko na bieganie.Bieganie „nabija”, obciąża. Kiedyś mówiłam naokoło: „biegaj, wystarczą buty i lecisz”, a teraz myślę, że wyrwanie się na bieganie zza biurka, gdy ciało jest spięte i słabe, to może być przygoda, która się skończy, zanim się na dobre rozkręci.



Wzmacniajmy się. Pilnujmy zakresów ruchu – od roku mobilność to moja obsesja. Bieganie zmieniło mnie w sztywniaka! Mobilki pomagają.


3. Nie przesadzaj.Lepiej zrobić mniej, ale ładnie technicznie, z uczciwym rozciąganiem po niż dychę na wariata i lecieć potem bez śniadania do pracy.


Mam już za sobą epizody biegania jako elementu moich zaburzeń odżywiania, biegania dla wyników, biegania, które było „dla zdrowia”, a mi je pogorszyło. A teraz mam etap biegania po prostu.


Kilka dni temu biegłam dyszkę po jurajskim lesie z Joy i kumpelą na tyle szaloną, że przeleciała świat, żebyśmy 4 lata wcześniej zrobiły razem pół Ironmana.


Noga nie bolała.


Joy złapała rytm.


Zgubiłyśmy się 6 razy.


Po jakichś 2km zorientowałam się, że nawet nie włączyłam zegarka.


Tak może wyglądać bieganie po prostu i ja je lubię na razie takie, jakie jest.


To przywilej, że można biec zamiast iść. Że inni idą w długich spodniach, a ty w krótkich, bo ci cieplej, i inhalujesz się lasem, który pachnie wiosną jak kwiaciarnia, i zmrożonym po nocy powietrzem, które budzi jak paczka gum miętowych extra strong. Moje oskrzeliki lubią to. W końcu oddycham. Dzięki, nogo, tęskniłam. 🫶






37 wyświetleń

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Comentarios


bottom of page